Na manifestacji pojawili się członkowie Komitetu Obrony Demokracji, by wyrazić solidarność z opozycją okupującą salę plenarną Sejmu. Nieopodal antyaborcyjną demonstrację zorganizowała Fundacja Pro – Prawo do Życia. Uczestniczyło w niej pięć osób. Jeden z wolontariuszy tej organizacji miał wówczas zostać przez obecnego na miejscu Macieja Maleńczuka uderzony w żuchwę.

Proces w tej sprawie ruszył w połowie września 2018 r. W czwartek, podczas kolejnej rozprawy, która odbyła się bez udziału publiczności, wygłoszone zostały mowy końcowe. Wyrok zapadnie 17 grudnia. Jak relacjonowała reprezentująca muzyka adw. Marta Lech, sąd wyjaśnił kwestię Facebookowego profilu, rzekomo prowadzonego przez samego Maleńczuka. Zamieszczono na nim wpis, w którym artysta miał przyznać się do ataku na działacza pro-life.

Sąd ustalał adres IP, z którego stworzony został rzekomy profil Macieja Maleńczuka, gdzie opisane zostało to zdarzenie. Maciej zaprzeczał, że należy on do niego, twierdził, że tego typu kont jest wiele i on nawet nie wie, kto je prowadzi

- wyjaśniła Lech.

Kto się przyznał za Maleńczuka?

Aby to ustalić, sąd musiał zwrócić się do administracji Facebooka. Okazało się, że IP należało do firmy, która w tamtym czasie miała w zasobach 40 komputerów i zatrudniała około 120 osób. "Właściciel tej firmy dla Maciej Maleńczuka jest osobą kompletnie obcą" - powiedziała pełnomocniczka muzyka.

Według przekazanych przez nią informacji, urządzeniami, z których dokonano wpisu, miały posługiwać się dwie kobiety. Z kolei właściciel firmy został wezwany na czwartkową rozprawę jako świadek. "Ten mężczyzna nie miał pojęcia, po co przyszedł do sądu. Na zawiadomieniu znalazł bowiem informację, że sprawa dotyczy Maleńczuka, ale kompletnie nie wiedział, o co konkretnie chodzi. Twierdził, że sam nie ma nawet Facebookowego profilu i nie poszukiwał w mediach informacji na temat tego procesu" - podsumowała Lech.

Adwokat muzyka domaga się uniewinnienia swojego klienta, twierdząc, że to on został słownie, a potem fizycznie zaatakowany, co - jak zapewniła - potwierdzają relacje świadków. "Sąd z urzędu dopuścił dowód z przesłuchania policjantów, którzy stwierdzili, że nic poważnego tam wtedy się nie wydarzyło, że nikt im niczego nie zgłaszał. Dopiero ich naczelnik zeznawał nieco odmiennie w zakresie tego, czy widział u działacza obrażenia" - powiedziała Lech.

Spór panów dwóch

Adwokat krytycznie odniosła się także do kwestii przyłączenia się do sprawy prokuratury, która miała zdecydować się na to z uwagi na interes publiczny. "Ja pytam: w jaki sposób prokuratura broni interesu pobitych na przykład podczas marszu 11 listopada kobiet? W tych sprawach prokurator nie występuje po stronie kobiet. A tu 'pilnuje interesu publicznego', czyli interesu mężczyzny, który powiedział do Macieja Maleńczuka: "s... ch...", i który okazał się osobą kompletnie niepoczytalną, która za swoje czyny nie ponosi odpowiedzialności karnej" - argumentowała.

Nawiązała w ten sposób do kwestii umorzenia procesu o publiczne znieważenie, wytoczonego pro-liferowi przez Maleńczuka. Biegli uznali, że działacz cierpi na chorobę, w wyniku której w momencie zdarzenia nie rozpoznawał znaczenia swojego czynu ani nie mógł pokierować swoim zachowaniem. Na tej podstawie sąd musiał umorzyć postępowanie. Mężczyzna nie będzie ponosił odpowiedzialności karnej.

Okazało się, że mimo przyznania się do popełnionych czynów, osoby niepoczytalne nie ponoszą żadnej odpowiedzialności karnej

- podkreśliła Lech.

Według relacji pełnomocniczki muzyka sekwencja zdarzeń była taka, że Maleńczuk podszedł do działaczy z pytaniem, co robią na Rynku z banerami, za co miał zostać zaatakowany wulgarnymi słowami. W reakcji na to muzyk uderzył w baner, co spowodowało, że pro-lifer ruszył w stronę artysty, a ten po prostu go odepchnął.

Kluczowe - kto zaczął?

Do tej kwestii odniósł się pełnomocnik pokrzywdzonego adw. Maciej Kryczka z Ordo Iuris, wyjaśniając, że sprawa o publiczne znieważenie, którego miał dopuścić się jego klient została umorzona "ze względu na brak możliwości rozeznania czynu".

Mój klient został jednak przesłuchany w obecności psychologa, który wydał opinię i uznał, że zeznania pokrzywdzonego mają "psychologiczny walor wiarygodności"

- wyjaśnił.

Z kolei ustalenia, które poczynione zostały w związku z profilem Facebookowym, gdzie ukazywały się wpisy, Kryczka - powołując się na słowa sądu - ocenił jako "niepełne". "Ustalenie tego trwało półtora roku, a sąd sam stwierdził, że jest to informacja niepełna. To, co udostępnił Facebook, nie ma waloru stuprocentowej gwarancji" - wskazał i podkreślił, że całkowite wyjaśnienie tych kwestii wymaga specjalistycznej wiedzy informatycznej.

Ponadto zaznaczył, że Maleńczuk nie kwestionuje tego, że "doszło do naruszenia nietykalności cielesnej, ale chronologię tych zdarzeń". "Pokrzywdzony przyznał, że jeśli użył niecenzuralnych słów, to zrobił to dopiero w reakcji na atak, jaki go spotkał" - powiedział Kryczka. Dodał, że pro-lifer zgłosił atak policjantom, którzy mieli zauważyć ślad uderzenia na jego twarzy.