- Sytuację w Polsce w skali całego biznesu oceniam ogólnie jako dobrą. Natomiast źle się dzieje w ok. 40. sektorach, które zostały zamknięte. Mają dużo większe, ponadstandardowe  ograniczenia. Jednocześnie pomoc, która do tej pory została ogłoszona dla tych firm, jest adekwatna i wystarczająca. Można jedynie mieć zastrzeżenia do tempa, w jakim jest udzielana. Bowiem zwłaszcza mniejsze firmy z tych 40. sektorów nie mają „poduszek” finansowych, dużego zaplecza - mówi w rozmowie z FilaryBiznesu.pl prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezary Kaźmierzak.


Maciej Pawlak: Pana Związek ostatnio dokonał porównania sposobów przeprowadzania lockdownu w wybranych krajach europejskich, w tym Polski. Okazało się, że nasz kraj wprowadzał ostatnio obostrzenia stosunkowo łagodne. Z czego to wynikało? Jakie to pociągnęło skutki?

Cezary Kaźmierczak: Wynikało to zapewne z pewnej odwagi polskiego rządu, nieuleganiu histerii. Dzięki temu przepisy obowiązujące u nas w związku z pandemią mamy relatywnie liberalne. Polska idzie w tym przypadku drogą środka. Nie ma tak radykalnego podejścia, jakie było obecne w Szwecji podczas pierwszej fali COVID-19, generalnie bez lockdownu i większych obostrzeń wobec społeczeństwa - zresztą wyszło to Szwedom w sumie słabo. Gospodarczo co prawda nie najgorzej, koronawirus w tym kraju spowodował niższe straty w gospodarce, niż średnio w UE, jednak w odniesieniu do śmiertelności wskutek pandemii znajduje się on w ścisłej czołówce europejskiej. U nas z kolei władze wybrały, jak wspomniałem „drogę środka”. Nie ma tak dużego luzu, ale z drugiej strony nie stosujemy np. godziny policyjnej i innych tego typu restrykcji obecnych w wielu krajach europejskich. Jeśli chodzi o skutki takiej polityki na razie wygląda to nieźle. Wyniki ekonomiczne, które osiągamy, w porównaniu z innymi krajami na naszym kontynencie, są bardzo przyzwoite.

Faktycznie, nie tak dawno temu Eurostat publikował najnowsze prognozy co do przewidywanego w tym roku spadku PKB w krajach unijnych. Polska znalazła się w czołówce krajów z najniższymi przewidywanymi spadkami (ok. 3,6 proc.). A z drugiej strony, z najnowszych badań Komisji Europejskiej wynika, że nastroje polskich firm i konsumentów co do przewidywanego rozwoju sytuacji w gospodarce należą do najbardziej pesymistycznych w Europie.

Można to być może tłumaczyć specyfiką naszej psychiki, charakteru narodowego. To tak, jak w dowcipie o różnicy pomiędzy Polakiem i Białorusinem. Białorusin przyjeżdża do Polaka na wieś. W zagrodzie stoi traktor Lamborghini z trzystrefową klimatyzacją, nowy samochód, nowy dom, nowa obora. Na pytanie: jak się wiedzie? Polak odpowiada, że źle, że to „wszystko nie moje, wzięte na kredyt” itd. Z kolei na Białorusi - w wiejskiej zagrodzie zapadająca się chałupa, pod domem stoi Żiguli z 1990 r., stary koń z zapadłymi bokami, pług. Na pytanie, o to, jak się wiedzie, gospodarz przekonuje: wszystko dobrze. Jest co jeść itd. Coś tu jest chyba na rzeczy. Całkiem niedawno rozmawiałem z jednym z szefów regionów ZPP - właścicielem firmy zatrudniającej ok. 250 osób. Zapytałem go, jak mu wiedzie się w biznesie. - Oj, niedobrze - słyszę. Ale na czym to polega? Jakie wyniki osiąga twoja firma? - pytam. - 10 proc. wzrostu - słyszę w odpowiedzi. - Ale zakładałem, że będzie więcej - wytłumaczył mój rozmówca. Być może więc pogarszające się nastroje w naszym kraju wynikają po prostu z naszych cech charakterologicznych. Niekoniecznie oddają faktyczny stan, w jakim znajduje się nasza gospodarka.

Jak wiemy sobota 28 listopada to dzień otwarcia galerii handlowych i sklepów meblowych. Na ile miesiąc, który pozostał do Bożego Narodzenia, bodaj najważniejszy dla handlu w ciągu całego roku, będzie w stanie zniwelować wcześniejsze straty tej branży spowodowane restrykcjami związanymi z koronawirusem?

Sytuację w Polsce w skali całego biznesu oceniam ogólnie jako dobrą. Natomiast źle się dzieje w ok. 40. sektorach, które zostały zamknięte. Mają dużo większe, ponadstandardowe  ograniczenia. Jednocześnie pomoc, która do tej pory została ogłoszona dla tych firm, jest adekwatna i wystarczająca. Można jedynie mieć zastrzeżenia do tempa, w jakim jest udzielana. Bowiem zwłaszcza mniejsze firmy z tych 40. sektorów nie mają „poduszek” finansowych, dużego zaplecza. I muszą otrzymać pomoc finansową ze strony państwa po prostu jak najszybciej. Apelujemy właśnie o to, by pomoc dla nich udzielano bezzwłocznie. 

A właścicielom galerii czy sklepów meblowych ich odblokowanie na miesiąc przed Bożym Narodzeniem pozwoli się faktycznie „odkuć”?

Na pewno. Polacy będą kupować. Ludzie spoza sektorów objętych lockdownem mają więcej pieniędzy w „funduszu swobodnych decyzji”. Zarobków nikt im nie zmniejszał, jedynie ograniczona została swoboda podróżowania. Ale dzięki temu można zaoszczędzić na wydatkach związanych z wyjazdami. Zapewne jakaś część tych zaoszczędzonych pieniędzy pójdzie więc na konsumpcję. Dodajmy, że tych 40 sektorów, które objął lockdown, zatrudnia łącznie 350 tys. pracowników. Nie jest to zatem duża liczba w skali naszego kraju. Tym bardziej ludziom z tych branż trzeba na pewno pomóc. Moi koledzy, którzy mają hotele, mówią, że sezon im się skończył w ubiegłą jesień. 

Jak Pan ocenia metody, jakie stosowały nasze władze, by niwelować skutki pandemii?

Podczas jej I fali dostrzec można było wiele tzw. helicopter money (jawnego finansowania deficytów rządowych przy pomocy polityki pieniężnej). Nie mam o to pretensji do naszego rządu. Stosował tę politykę po raz pierwszy. Obecnie zaś pomoc przeprowadzana przez władze jest już faktycznie „z głową”. Pomaga się tym, którym faktycznie trzeba pomóc. Od początku pandemii powtarzam jedno: wszystko zależy od tego, jak długo ona potrwa.

Jak bardzo może pomóc przedsiębiorcom oraz kurortom narciarskim decyzja władz o możliwości uruchomienia stoków narciarskich, w sytuacji, gdy lockdownem wciąż mają być objęte hotele i gastronomia?

Myślę, że więcej na tym stracą, niż gdyby stoki były zamknięte. Przecież będą musieli je utrzymywać, zatrudniać ludzi do obsługi. Sądzę, że bez infrastruktury w postaci hoteli czy restauracji, ludzie nie przyjadą. Trzeba być jakimś mega-fanatykiem narciarstwa, by jechać na jeden dzień. Ewentualnie otwarte stoki mogą pozytywnie zadziałać w przypadku takich miejscowości, jak Szczyrk, odwiedzanych głównie przez niedaleko żyjących mieszkańców Śląska. Uważam generalnie, że nawet, gdyby wobec hotelarzy czy właścicieli restauracji lockdownu obecnie uniknięto, w mniejszym lub większym stopniu ten sezon można uznać za stracony dla pensjonatów i turystyki zimowej. Pytanie: jak skutki tego stanu rzeczy okażą się głębokie. 
 



Artykuł pochodzi ze strony filarybiznesu.pl