Zgodnie z ostatnimi decyzjami rządu uczniowie wrócą do szkół najwcześniej 18 stycznia. Nie jest tajemnicą, że zarówno część środowiska nauczycielskiego, jak i opiekunowie dzieci uważają, że nauka zdalna nie przynosi takich samych efektów, jak wykłady w klasie. Warto przypomnieć, że w ostatnich semestrach dzieci i młodzież przeszli strajk nauczycieli, a także pierwszą i drugą falę epidemii. Nasza redakcja zwróciła się wiceministra edukacji, Dariusza Piontkowskiego z pytaniem, czy te wydarzenia nie wpłyną znacząco na poziom wyedukowania małoletnich.

- Strajk nauczycieli trwał kilka tygodni. Pierwszy okres pandemii to były 3 miesiące, teraz mamy kolejne 2/3 miesiące, także nie są to całe lata. Wydaje mi się, że jest to do nadrobienia. Nauka zdalna jest na wyższym poziomie niż wiosną tego roku, nauczyciele solidnie pracują i przygotowują się do zajęć. Korzystają z nowych narzędzi, szukają nowych źródeł, a także przełamują mniejszą samodyscyplinę uczniów

– powiedział nam wiceminister Piontkowski.

Jednocześnie przyznał, że „w nauczaniu stacjonarnym łatwiej jest zmobilizować dzieci i młodzież do nauki i wypełniania swoich obowiązków”.

Wiceszefa resortu edukacji spytaliśmy też, czy jest szansa, że po wygaszeniu epidemii w polskim systemie nauczania pozostaną elementy nauki zdalnej.

- Z tego co wiem, w niektórych państwach taka metoda nauczania jest stosowana. Na przykład w Australii, gdy uczniowie mają wiele kilometrów do najbliższej placówki edukacyjnej. Kształcenie na odległość możemy również zastosować dla polskich uczniów mieszkających w różnych państwach świata, gdzie polskich szkół jest bardzo niewiele. Myślę, że z pewnych elementów nauki zdalnej moglibyśmy korzystać po powrocie do tradycyjnej formy. Ta kwestia wymagałaby jednak dokładnej analizy i konsultacji

– powiedział nam wiceminister.