Za czasów pierwszej Solidarności był luz, cenzura się wycofała i bez przeszkód mogłem śpiewać. W stanie wojennym cenzura wróciła. Zresztą to właśnie moje piosenki jako ostatnie zatrzymała ta instytucja w 1989 r. – Z Andrzejem Rosiewiczem, wielokrotnym laureatem Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, piosenkarzem, satyrykiem i tancerzem, rozmawia Igor Szczęsnowicz.


Kiedy zdecydował Pan, że śpiewanie będzie Pana zawodem?
To dojrzewało przez wiele lat. Gdy zdałem maturę, rodzice zdecydowali, że powinienem zostać inżynierem. W końcu poszedłem do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego na melioracje wodne. Podczas studiów rozwijałem się muzycznie – na Akademii Medycznej na Oczki były takie kiermasze piosenki studenckiej, w których brałem udział. Tam w jury zasiadali Starsi Panowie, Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, oraz  Agnieszka Osiecka. Raz udało mi się taki kiermasz wygrać.
Po ukończeniu studiów w 1968 r. wyjechałem do Anglii. Miałem spędzić tam tylko wakacje, zostałem jednak rok i śpiewałem w żydowsko-rosyjskiej knajpie Barszcz i Łzy. Wykonywałem repertuar polsko-rosyjski. Zmontowaliśmy taką kapelę polsko-rosyjsko-irlandzko-żydowską i nagraliśmy „Cossac songs by Andrzej and his friends”. Po powrocie z Anglii zacząłem w 1970 r. śpiewać z Asocjacją Hagaw, bardzo popularną formacją jazzową, i to był początek mojej zawodowej kariery.

Jak się robiło taką karierę w PRL-u?
Na początku lat 70. jakieś nagrania z Hagawem puszczano w radiu i wówczas zaproszono nas do Opola. Tam były dwie sceny: jedna – amfiteatr dla wielkich gwiazd, a druga – mniejsza aula dla drugiego garnituru. Tam zagraliśmy „Samba wanna blues” i dostaliśmy nagrodę. Dyrektorką festiwalu była wówczas Olga Lipińska. Ona nas zobaczyła, spodobało się jej, że taki oryginalny facet z wielką muszką nieźle tańczy i śpiewa, i wzięli nas do finału na główną scenę.

Na przełomie lat 70. i 80. zaczął Pan wprowadzać do swojej twórczości elementy polityczne. Kiedy dojrzał Pan do takiej, dość ryzykownej dla kariery, decyzji?
Przejrzałem na oczy w sierpniu 1980 r. Występowałem w sierpniu w Sopocie, a tu zaczęły się strajki w stoczni. Pojechałem zobaczyć, jak to wygląda. Zobaczyłem przez płot ks. Henryka Jankowskiego, jak spowiada tłumy ludzi i odprawia nabożeństwo. Wstrząsnęło to mną. Wtedy napisałem parę piosenek poważnych: „Propaganda sukcesu”, „Graj, Cyganie, graj” czy „Piosenka o prawdzie”. Za czasów pierwszej Solidarności był luz, cenzura się wycofała i bez przeszkód mogłem to śpiewać. Dopiero w stanie wojennym cenzura wróciła. Zresztą to moje piosenki jako ostatnie zatrzymała ta instytucja w 1989 r. Zatrzymano mi dwie piosenki. Pierwsza, „Pierestrojka”, była o tym, że nastąpi rozpad Związku Sowieckiego, że się Litwa wyzwoli czy Gruzja… Druga, „Książeczka wojskowa”, była o armii PRL-u. A ja miałem kumpla prawnika, który powiedział mi, że można zaskarżyć cenzurę. Zrobiliśmy to. I sąd zdecydował, że „Książeczkę wojskową” można śpiewać, a „Pierestrojkę” zatrzymali. Bo godzi w sojusze.

Porozmawiajmy o piosence „Wieje wiosna ze wschodu” o Gorbaczowie. Pokazywała ona w dobrym świetle sowieckiego przywódcę. Czy zaśpiewanie jej było z Pana strony jakimś haraczem, żeby komuniści pozwolili Panu wrócić na estradę? W końcu śpiewał to Pan w czapce z czerwoną gwiazdą przed Jaruzelskim i Gorbaczowem na Wawelu…
Za Jaruzelskim nigdy się nie opowiadałem, ale popierałem Gorbaczowa, faceta, który razem z papieżem i Reaganem rozmontował Związek Sowiecki. Uważałem go za bardzo odważnego człowieka. Zresztą ja oceniam tak każdego człowieka, jego słowa i czyny, tak mi zostało do dziś. Nie obchodzi mnie, czy jest z partii władzy, czy z opozycji.