Warszawa–Budapeszt: tandem i zamiana ról

  

Piszę ten artykuł niedługo po tym, gdy Węgry zapowiedziały weto do unijnego budżetu na lata 2021–2027. Weto to dotyczy też Funduszu Odbudowy oraz ekologicznego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Można powiedzieć, że Budapeszt zrobił robotę za Warszawę. Potwierdza to rzeczywistość widoczną od kilkunastu miesięcy: Polska z Węgrami zamieniły się rolami. Gdy powstawał rząd premiera Morawieckiego, w relacjach z Unią Europejską to Viktor Orbán był dobrym policjantem, a jego polski odpowiednik złym policjantem. Teraz jest odwrotnie.

Charakterystyczne zresztą, że Viktor Orbán był radykalny w swoich sformułowaniach wobec Brukseli, ale czynił to w zasadzie wyłącznie na użytek krajowy, udzielając wywiadów węgierskim mediom, a nie zachodnioeuropejskim dziennikom czy telewizjom. Eurosceptycyzm węgierskiego przywódcy jakoś gasł, gdy polityk zjawiał się w Brukseli. Może na kolacjach premierów wywodzących się z Europejskiej Partii Ludowej, w obecności kanclerz Angeli Merkel, nie wypadało walić pięścią w stół i wypominać, jak daleko Unia Europejska odeszła od swoich korzeni?

To się wszakże zmieniło. Dziś podział ról w tym wyszehradzkim tandemie jest dość oczywisty: Budapeszt „jedzie” ostro, a Warszawa broni pryncypiów w sposób bardziej zniuansowany, choć w sprawach kluczowych nie unika konfrontacji, jak choćby w kwestii pozaeuropejskiej migracji na Stary Kontynent, głównie zresztą muzułmańskiej.

Weto – historia i polityka

Dziś to Węgry, a nie Polska, zgłosiły weto, choć beneficjentem z tego tytułu może być też nasz kraj. To Węgry również w lipcu 2020 r., gdy fiaskiem zakończył się pierwszy budżetowy szczyt UE, zagroziły w tej sprawie porozumieniem międzyrządowym, o ile propozycje Brukseli nie będą akceptowalne dla krajów członkowskich.

Pamiętam wówczas wściekłe oburzenie różnych polityków i ekspertów, dla których był to przykład odejścia od decyzji na poziomie unijnym, a więc coś, co podważało rolę UE, i to w fundamentalnym obszarze, bo finansów. Ci sami krytycy Orbána z tego tytułu, obojętnie, czy pracują w Brukseli, Warszawie, Budapeszcie czy Berlinie, dziś wstydliwie milczą, gdy identyczną w sensie formalnym propozycję zgłosił szef rządu Królestwa Holandii Mark Rutte. Właśnie dopiero co wyszedł on z inicjatywą podpisania, obchodzącego Polskę i Węgry, porozumienia międzyrządowego – bez udziału struktur UE i w gronie pozostałych państw Unii. Widać tu jak na dłoni skrajną brukselską hipokryzję i stosowanie podwójnych standardów.

Stary kompleks niższości

Jednak historia z wetem zapowiadanym już kilka tygodni temu przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego na łamach tygodnika „Gazeta Polska” (nr 43) pokazuje nie tylko zakłamanie euroentuzjastycznych elit i najbogatszych państw członkowskich UE – płatników netto, lecz także pewne irracjonalne reakcje po stronie polskiej. Mam wrażenie, że po raz kolejny na naszych oczach spektakularnie objawił się kompleks niektórych (może nawet sporej liczby) Polaków wobec cudzoziemców. To czekanie na opinie bliższych i dalszych sąsiadów czy Unii Europejskiej jako takiej. To nagłaśnianie wszelkich możliwych krytycznych opinii wobec Polski czy polskich władz, ba, branie ich za własne.

Oczywiście jest w tym często polityczny zamysł, aby uderzyć we władze Rzeczypospolitej obcymi rękoma, ale też pewna bezmyślność z wdrukowaną od wieków w polską świadomość mentalnością wyglądania, co też „zagranica” o nas powie, myśli, uważa, sądzi. Kpił z tego Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” przed niemal dwoma wiekami, ale rzecz wydaje się, niestety, ponadczasowa. To utrudnia Polsce negocjacje, to osłabia siłę rządu Rzeczypospolitej w tych rokowaniach. Czy nie o to wszak chodzi?

Komu zależy na podmiotowości Polski

Oczywiście nasi szacowni partnerzy z Unii Europejskiej w naturalny sposób grają w tej kwestii na opozycję. Nie tylko i może nawet nie głównie dlatego, że ponad dziesięć partii rządzących krajami członkowskimi UE jest w tej samej międzynarodówce chadeckiej – Europejska Partia Ludowa – co PO i PSL. Nawet nie dlatego, że tę opozycję specjalnie szanują – niekoniecznie tak jest. Wcale też nie chodzi o jakąś szczególną sympatię do partii opozycyjnych w Polsce, bo polityka międzynarodowa to przede wszystkim interesy narodowe i państwowe, i to twardo egzekwowane, a nie sentymenty ideologiczne czy partyjne.

Po prostu opozycja nad Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem jest dużo łatwiejszym partnerem (hm, mocno powiedziane) niż walcząca o polskie interesy obecna formacja rządząca. Nie mówię, że w polityce zagranicznej rząd czy szeroko rozumiane PiS nie popełnia błędów, ale jest oczywiste, że to właśnie tej władzy zależy na podmiotowości Polski, że to właśnie ta władza odrzuca różne formy podległości ekonomicznej czy politycznej państwa polskiego i to właśnie ta władza absolutnie nie chce słyszeć o targach, które przecież drzewiej bywały: eksponowane stanowiska w strukturach międzynarodowych dla Polaków, ale kosztem realnych wpływów i interesów Polski.

W sukurs Sejm i… Lublana

Dobrze, że polski Sejm formalnie, specjalną uchwałą, wsparł rząd w sprawie unijnego budżetu, bo choć wszyscy na szeroko rozumianym Zachodzie wiedzą, że Prawo i Sprawiedliwość dysponuje większością parlamentarną, to zwłaszcza w kontekście kolportowanych przez opozycję i w jakiejś mierze przez zachodnie media narracji o podziałach w obozie rządzącym oraz stracie większości przez rząd premiera Morawieckiego było rzeczą politycznie ważką pokazać, że formacja Jarosława Kaczyńskiego ma w tej kluczowej sprawie większość, a rząd RP zachował realne zaplecze polityczno-parlamentarne.

Dobrze też, że do tandemu Warszawa–Budapeszt dołączyła, zresztą wymieniana przeze mnie publicznie już od dłuższego czasu jako potencjalny nasz partner, Lublana z eurorealistycznym premierem Janezem Janšą. Nie daje to jeszcze mniejszości blokującej, do której potrzeba nie trzech państw, tylko czterech, za to mających aż 35 proc. ludności wszystkich krajów członkowskich UE. Skądinąd ten zapis wygląda, jakby był wręcz skrojony pod Niemcy i Francję, którym do skonstruowania takiej grupy państw wystarczy zaprosić na ten pokład dwa dowolne kraje UE.

Na unijno-budżetowym boisku piłka jest w grze. Jeśli w tym meczu, którego stawką są pieniądze dla Polski – uwaga: do wydania nie przez siedem najbliższych, ale dziesięć lat, czyli do roku 2030 włącznie; zgodnie z unijną zasadą rozliczania projektów „plus 3” – opozycja nie chce wspierać polskiego rządu, to przynajmniej niech nie strzela w plecy.

 

 


Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts