Przemysław Obłuski: Polska i Węgry zapowiedziały weto ws. unijnych ustaleń budżetowych na skutek próby powiązania wypłat unijnych środków z przestrzeganiem praworządności. Docierają do nas w związku z tym sprzeczne informacje dot. potencjalnych strat lub zysków dla Polski. Europoseł Jacek Saryusz-Wolski twierdzi, że prowizorium budżetowe przysporzy nam w najbliższym roku nawet o 23,3 proc środków więcej, niż w poprzedniej perspektywie budżetowej, natomiast europoseł Leszek Miller twierdzi, że weto pozbawi nas 700 mld zł. Zyskamy, czy stracimy?

Piotr Arak: To wszystko zależy - niestety - od polityki, od tego, czy liderzy europejscy będą w stanie dojść do porozumienia w grudniu tego roku, natomiast w takiej czysto technicznej perspektywie, dotyczącej tego, jak by wyglądało prowizorium budżetowe, to ono by było rzeczywiście robione na poprzednich, ale dość ogólnych zasadach. To znaczy, że co miesiąc 1/12 środków z polityki spójności byłaby alokowana do beneficjentów, ale nie udałoby się rozpocząć żadnych dłuższych i większych projektów inwestycyjnych potrzebnych w recesji. Nie wiadomo także, czy stolice europejskie i KE zgodzą się, żeby te poprzednie zasady miały zastosowanie bez uwzględnienia kryterium praworządności, bo w sytuacji dużego konfliktu politycznego może być tak, że w ogóle budżet byłby zablokowany, np. na kolejny rok. To zupełnie inny scenariusz, na którym wszyscy tracą, a szczególnie kraje Południa. Scenariusz ten nie uwzględnia także tego, że przyblokowane byłyby też środki z funduszu odbudowy, które zwiększają sumę dostępnych pieniędzy dla wszystkich krajów członkowskich.

O ile w przypadku samego budżetu spójności to by oznaczało, że potencjalnie - gdyby taki scenariusz z prowizorium budżetowym był realizowany – Polska otrzymałaby nadal środki i to teoretycznie wyższe, ale nie byłoby funduszu odbudowy, czyli wydatków, które by były nakierowane od połowy przyszłego roku na wszystkie projekty infrastrukturalne, szybkie, dosyć łatwe do zrealizowania, po to, żeby napędzić koniunkturę gospodarczą. I tu widzę duże ryzyko dla spowolnienia wzrostu gospodarczego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, ale także w całej Unii Europejskiej, jeżeli tego budżetu nie będzie. Do tej pory wszyscy analitycy brali pod uwagę, że rozpocznie się proces wydatkowania tych pieniędzy w drugiej połowie 2021 roku i to już zacznie wpływać na stabilizację makroekonomiczną państw Południa, a także na nasz region. Wprowadzenie prowizorium obniży prognozy wzrostu dla Europy.

Biorąc pod uwagę stosunkowo dobre wskaźniki gospodarcze państw Europy Środkowo-Wschodniej i trudną sytuację na południu Europy, w kogo, pana zdaniem, najmocniej może uderzyć polsko-węgierskie weto? Kto w tej rozgrywce ma „największe ciśnienie”?

Są trzy kraje, które nominalnie są największymi beneficjentami, tego połączonego budżetu na kolejne lata i to jest Hiszpania, Włochy i Polska. My jesteśmy wprawdzie na trzecim miejscu, ale jednak krajem, dla którego brak alokacji tych pieniędzy byłby odczuwalny dla rozwoju gospodarczego. Oczywiście nie mamy jeszcze estymacji tego, jaki będzie wpływ tych pieniędzy na gospodarkę. Kraje członkowskie w tym momencie dokonują dopiero prognoz w jaki sposób projekty, które będą realizowane – rządy mają już rozpisane listy działań, które będą wysyłały do KE - a one wpłyną na gospodarkę i to pozytywnie.

Należy pamiętać, że w poprzednich latach, po kryzysie finansowym 2007-2008 roku środki europejskie dodawały Polsce ok. 2 punktów procentowych do wzrostu gospodarczego. To był istotny stymulant dla tego, żebyśmy nie mieli recesji, ale też, żebyśmy rozwijali się trochę szybciej od reszty Europy. Dzisiaj jesteśmy na innym stadium rozwoju gospodarczego. Nasza gospodarka jest bardziej zdywersyfikowana i jesteśmy też bogatsi, ale nadal tych pieniędzy będziemy bardzo potrzebowali, by zwiększyć inwestycje publiczne przy awersji do ryzyka biznesu. Czasem pojawia się bardzo libertariański argument, że w ogóle niepotrzebne są środki na inwestycje, ale obecny kryzys jest gorszy od tego, który miał miejsce w 2008 roku. My tych pieniędzy najzwyczajniej w świecie potrzebujemy.

Pytanie trochę naiwne, ale chyba warto je zadać: czy biorąc pod uwagę niepewność związaną z niejasnym politycznym kryterium praworządności, które może zablokować fundusze dla Polski, nie byłoby lepiej, gdyby ich wcale nie było? Czy z punktu widzenia gospodarki, inwestorów, lepsza jest nadzieja, że może te pieniądze będą, czy też twarda świadomość, że ich nie będzie?

Wydaje mi się, że ten mechanizm został zdyskontowany przez agencje ratingowe i przez rynek w prognozach w średnim terminie, jako niewpływający znacząco na transfer tych środków. My jako kraj nie byliśmy do tej pory dotknięci żadnymi reperkusjami związanymi z wydatkowaniem środków europejskich, ale m. in. Czechy, Bułgaria i Rumunia były krajami, które zwracały pieniądze ze względu na malwersacje.

Ale tutaj nie chodzi tylko o malwersacje. Tu chodzi o kwestie stricte polityczne. Zgodnie z propozycją, która jest na stole, KE mogłaby wstrzymać fundusze przeznaczone dla Polski z powodu nieprzestrzegania niezdefiniowanej w traktatach praworządności. To rodzi dużą niepewność.

Moim zdaniem ta niepewność może dotyczyć części z tych pieniędzy i nie byłaby tak duża z jednego, prostego powodu - beneficjentem środków europejskich wydawanych w Polsce są także kraje zachodnie, więc w momencie, w którym wydajemy środki w ramach projektów europejskich, trzeba pamiętać, że dużo z tych pieniędzy wraca do nich poprzez handel.  Z tej perspektywy, środowisku biznesowemu w Europie Zachodniej - także w tych państwach, które są dosyć „ostre” w negocjacjach prowadzonych na poziomie unijnym - zależy jednak, żeby te środki były dostępne. Rządy działałyby na niekorzyść własnych przedsiębiorców w momencie, w którym KE podejmowałaby decyzje o blokowaniu funduszy. Jeżeliby takie ryzyko istniało, nie sądzę, by dotyczyło dużych kwot. Oczywiście, jakiś poziom ryzyka i niepewności istnieje, natomiast dużo większym ryzykiem w sensie makroekonomicznym jest np. kwestia porozumienia z Wielką Brytanią ws. brexitu. Ona w o wiele większym stopniu wpływa na handel na poziomie UE niż ryzyko, o którym rozmawiamy. Tu dużo zależy od tego, jak ten konflikt na poziomie unijnym będzie się rozwijał. W przeszłości, w przypadku Węgier było dużo sytuacji, w których kraj ten musiał pieniądze zwracać ze względu na problemy z transparentnym sposobem wydatkowania pieniędzy i naginania prawa zamówień publicznych, ale to nie wpłynęło w żadnym stopniu na decyzje lokalizacyjne inwestycji na Węgrzech czy na perspektywę koniunktury gospodarczej, która się poprawiała.

Wspomniał pan, że największymi beneficjentami funduszy europejskich, które otrzymuje Polska, są firmy zachodnie, a poprzez nie państwa, z których się wywodzą. Skoro tak jest, to dlaczego niemiecki rząd, podczas niemieckiej prezydencji forsuje rozwiązanie, które jednak jakąś niepewność w tym zakresie tworzy?

W toku negocjacji akurat Niemcy przeszły z tego bloku państw, które były bardzo ostro nastawione do warunków wydatkowania środków w tej kolejnej perspektywie do tego, żeby jak najszybciej zapewnić dostęp do tych pieniędzy. Niemcy też są krajem, który diametralnie zmienił zasady swojej polityki gospodarczej i fiskalnej w wyniku kryzysu. Niemcy nie są do końca „szwarccharakterem” w tej sytuacji. Są nim państwa „skąpe”, czyli Niderlandy, Dania, Szwecja oraz Austria, które dążą do tego, żeby jednak zasady wydatkowania były inne, także ze względu, że ich gospodarki nie są aż w tak dużym stopniu dotknięte przez kryzys gospodarczy lub mają przestrzeń fiskalną, by się samemu zadłużać. Podobnie przecież groźba weta jest po stronie Niderlandów, jak po stronie Polski czy Węgier. Są dwie strony medalu i akurat to Niemcy w ramach swojej prezydencji chcą doprowadzić do porozumienia. Do konsensu, który by sprawił, że wszyscy będą równie niezadowoleni z ostatecznego rozwiązania, ale które by pokazało ścieżkę wyjścia z kryzysu gospodarczego. To Niemcy korzystają na jednolitym rynku, na wymianie handlowej, na Euro, na rozwoju europejskiej gospodarki, na którym im najbardziej zależy, bo to oni dzięki temu mogą zarabiać.


Premier o


Premier o "francuskich marketach" i "niemieckich mediach". "Warto rozprawić się z pewnym mitem" - dodał