Eryk Łażewski: Niemieccy politycy wiążą przyjęcie nowego budżetu Unii Europejskiej (UE) z tak zwanym „przestrzeganiem praworządności”. Polska i Węgry nie chcą się na to zgodzić. I pytanie: skąd wynika owa polityczna niechęć Niemców do Polski i Węgier?

Prof. Zdzisław Krasnodębski, eurodeputowany PiS: Nie tylko Niemcy chcą powiązania budżetu z praworządnością, ale także wielu polityków innych krajów, nawet tak praworządnych jak Malta, Hiszpania, Luksemburg czy Belgia. Niemieccy politycy się wyróżniają, bo są liczni w instytucjach unijnych, sprawują obecnie prezydencję i mają przekonanie, że przemawia przez nich duch Europy. W swej znakomitej większości niemieccy politycy rzeczywiście nie pałają sympatią do Polski (Węgry są traktowane nieco łagodniej). Dlaczego tak się dzieje? To proste: wydaje im się, że wiedzą lepiej, na czym polegają wartości europejskie, jak powinniśmy organizować nasze sądy, kogo powinniśmy wybierać, i w ogóle co jest dla nas dobre. I chcieliby nas do tego przymusić, byśmy działali zgodnie z tymi ich wyobrażeniami. Unię i jej fundusze traktują jako takie narzędzie przymusu, którym mogą się posłużyć.

Niemcy są bardzo zainteresowane naszym krajem i możliwością wpływania na polityczne procesy i decyzje (również gospodarcze) rządu polskiego. Niemieckie elity nie ukrywają swojego – powiedzmy - daleko idącego politycznego dystansu wobec formacji rządzącej w Polsce. W związku z tym, z czysto narodowego, niemieckiego punktu widzenia, byłoby rzeczą bardzo korzystną, gdyby możliwości podejmowania decyzji przez rząd konserwatywny zostały ograniczone przez instytucje unijne, które tak bardzo podlegają ich wpływom. A jeszcze lepiej, gdyby doszło do zmiany władzy w Polsce. Bo wszyscy też pamiętają jako – że tak powiem – „złotą erę” w relacjach polsko – niemieckich czasy, kiedy premierem był wierny ich klient Donald Tusk i rządziła uległa Platforma Obywatelska. 

W interesie niemieckim leży utrzymywanie jedności i dalsze centralizowanie Unii Europejskiej. Kryzys związany z pandemią jeszcze wzmocnił nierówności między państwami. Na przykład, sytuacja we Francji - również gospodarczo - staje się dramatyczna. Też w innych krajach Południa. Niemcy zgodziły się na stworzenie Funduszu Odbudowy, by powstrzymać ten proces i jednocześnie wzmocnić swoją dominację. Ale teraz swoją arogancją doprowadzili do kolejnego potężnego konfliktu.

Zawetowanie wieloletniego budżetu jest oczywistą porażką prezydencji niemieckiej, której zadaniem było doprowadzenie do kompromisu w tej sprawie i do uchwalenia Wieloletnich Ram Finansowych i Funduszu Odbudowy. 

Niemiecki polityk, szef frakcji EPL w Parlamencie Europejskim, Manfred Weber, uważał, że groźba weta jest „humbugiem”. Teraz ostro krytykuje Polskę i Węgry właśnie za ich weto.

Przeliczył się. Wielu innych także. Sądzili, że ulegniemy z powodów finansowych. Powiedziałbym zresztą, że na tle wielu innych, bardzo aroganckich wypowiedzi, Manfred Weber jeszcze się dosyć umiarkował, ale już niektórym europosłom Partii Zielonych wydaje się, że są władcami Unii i świata. Reakcje ze strony przedstawicieli rządu niemieckiego były jednak dosyć umiarkowane. Jest tu element pewnej gry i szukania kompromisu. Wiemy, że Angela Merkel rozmawiała zarówno z Viktorem Orbanem, jak i z Mateuszem Morawieckim. Na poziomie czysto poufnych rozmów, ta polityka wygląda inaczej, niż buńczuczne wystąpienia ludzi, na których nie ciąży odpowiedzialność za państwo.

Uważam zresztą, że niedobrze się stało, że na lipcowym szczycie Rady Europejskiej nie wynegocjowaliśmy ostrzejszych i jaśniejszych zapisów. Był taki czas, kiedy mogliśmy odrzucić sam mechanizm praworządności. Teraz, niestety, musieliśmy zablokować cały budżet oraz Fundusz Odbudowy. Polska również potrzebuje funduszy europejskich. Może nie tak gwałtownie, jak kraje europejskiego Południa, ale potrzebuje. A poza tym, Fundusz Odbudowy i wynegocjowane Wieloletnie Ramy Finansowe są dla nas gospodarczo korzystne. Ale niestety, w takiej sytuacji, w której zostaliśmy postawieni, nie mieliśmy wyjścia. Nie sprzedamy Polski za garść euro.

I dodam: jeszcze jedna rzecz jest ważna, żeby zrozumieć stanowisko niemieckie. Stanowisko dotyczące mechanizmu praworządności, z którym prezydencja Niemiecka szła do negocjacji z Parlamentem Europejskim, było w miarę racjonalne. W zasadzie dla nas do przyjęcia. Jeszcze niedawno pan ambasador Michael Clauss, który reprezentuje prezydencję niemiecką w Brukseli, zapewniał niektórych posłów, w tym przewodniczącego Komisji Budżetowej Europejskiej, który jest członkiem naszej frakcji – EKR – że chodzi tylko o praworządność w wymiarze finansowym. A więc w zwalczeniu korupcji i nadużyć podatkowych, w przejrzystości, celowości zarządzania środkami, i tak dalej. Co – jak mówię – byłoby dla Polski do przyjęcia. To wyjściowe stanowisko było rozsądne. Tylko zmieniło się ono w wyniku zbyt dużego – moim zdaniem – ustępstwa negocjatorów ze strony Rady Unii Europejskiej w stosunku do zideologizowanego Parlamentu Europejskiego (PE).

Jest rzeczą oczywistą, że nie mogliśmy się zgodzić na proponowane uwarunkowanie wypłat z funduszy. Z wielu względów. Po pierwsze, wielu polityków europejskich nawet nie ukrywa, że chodzi o dyscyplinowanie Polski i Węgier. A skoro nie udało się to stosując artykuł 7 Traktatu UE, wymyślono nowy sposób. Polska również uważa i uważała, że przy wydatkowaniu środków unijnych powinny naturalnie obowiązywać reguły prawa i wszystko powinno się odbywać zgodnie z prawem. To dotyczy zarządzania funduszami, ich rozliczania, przejrzystości wydatków. I z tym nie mamy żadnych problemów. Ale w tym dokumencie mówi się, że naruszenie praworządności ma miejsce - na przykład - wtedy, gdy możliwe są arbitralne działania władz publicznych, albo że niezależność sądownictwa jest „zagrożona” 

Naszym krytykom bardzo trudno podać jest jakieś rzeczywiste przykłady, które by mogły wskazywać na to, że w Polsce wydaje się np. wyroki z nakazu politycznego. Orzeczenia sądów w Polsce bywają bulwersujące. I często, jak się wydaje, wyroki zapadają z powodów politycznych, ale nie w konsekwencji wpływów politycznych PiS, tylko raczej jako rezultat politycznej niechęci części środowiska prawniczego do rządzącej partii. Na przykład, ostatnio sąd warszawski uznał, że można Prawo i Sprawiedliwość nazywać „zorganizowaną grupą przestępczą”. To tylko jeden wielu z przykładów. Skoro jednak nie da się wykazać, że w Polsce dochodzi do naruszania zasad praworządności, do uzgodnionego z PE projektu rozporządzenia wpisano, że wystarczy samo ryzyko jej naruszenia. Zgodnie z tym dokumentem, można by każdą decyzję podjętą w Polsce, która się nie podoba w Brukseli, podważać jako arbitralną i niezgodną z zasadą praworządności. I zamiast wykazać faktyczny brak niezależności sądownictwa, można by poprzestać na stwierdzeniu, że coś może ją osłabić w przyszłość. Unia miałaby więc narzędzie, które mogłaby używać zupełnie arbitralnie jako narzędzie nękania politycznego.

Po drugie, samo wprowadzenie tego mechanizmu jest złamaniem praworządności na poziomie unijnym. Uwarunkowanie funduszy od tak szeroko rozumianej praworządności nie jest prawnie umocowane w traktatach. Ustanowienie mechanizmu praworządności powiązanego z budżetem, wyposażyłoby Komisję w nowe, daleko idące kompetencje i naruszyłoby obowiązujące traktaty.

Jeszcze jest trzeci argument: otóż na ostatnim szczycie Rady Europejskiej zgodzono się na to, że po zaproponowaniu takiego mechanizmu przez Komisję, sprawą jeszcze raz zajmą się przywódcy państw na kolejnym szczycie. I dopiero po ich jednomyślnej zgodzie, ten mechanizm ewentualnie wejdzie w życie. To porozumienie zawarte w lipcu i zapisane w dokumentach szczytu, zostało hucpiarsko złamane

Jeżeli nie będzie budżetu Unii Europejskiej, to ma być prowizorium budżetowe. Pojawiają się głosy, że byłoby ono nawet lepsze dla Polski, niż sam budżet UE. To prawda?

Będzie prowizorium budżetowe i wtedy obowiązują poprzednie ramy finansowe. Art. 312, punkt 4. Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej brzmi bowiem „Jeżeli rozporządzenie Rady ustanawiające nowe ramy finansowe nie zostało przyjęte przed wygaśnięciem poprzednich ram finansowych, pułapy i inne przepisy dotyczące ostatniego roku obowiązywania tych ram przedłuża się do czasu przyjęcia tego aktu”. A te ramy finansowe są dla nas korzystne. 

Nie jest więc tak, że po naszym wecie nagle wszystkie kraje UE znajdą się bez pieniędzy europejskich. Po prostu pieniądze będą w przyszłości wydatkowane zgodnie z tą strategią finansową Unii, która została przyjęta poprzednio. 

Gorzej jest oczywiście z Funduszem Odbudowy, bo to jest zupełnie nowy mechanizm. Więc bez zgody wszystkich państw na pewno nie wejdzie w życie. Co prawda, straszy się nas obecnie, że stworzy się go na zasadzie umowy międzyrządowej, już bez Polski, ale jest to rozwiązanie bardzo niewygodne. Osobiście mam także wątpliwości, co do długofalowych konsekwencji politycznych tego funduszu.

Nasze weto nie jest jednak panaceum na wszystko. Już twierdzi się, że mechanizm praworządności powiązany z funduszami i tak pozostanie, bo został przyjęty w radzie UE kwalifikowaną większością głosów. Jeżeli teraz zostanie zaakceptowany przez Parlament Europejski, co jest zupełnie pewne, to wówczas mogą zostać podjęte próby powiązania go z funduszami rozdzielanymi według poprzednich zasad. Niestety, jeżeli nie doprowadzimy do tego, że znowu na szczycie przywódców ten mechanizm zostanie odrzucony lub przynajmniej złagodzony, to ten „topór zawieszony nad głową Polski” będzie wisiał. I to jest gorzka prawda, o której nie powinniśmy zapominać.

Weto nie kończy walki, lecz rozpoczyna jej nowy, jeszcze bardziej gorący okres. Być może jednak – miejmy nadzieję - weto Polski i Węgier wywoła jakiś pozytywny wstrząs i zmiany stanowiska przez państwa europejskie, w tym Niemcy. Powinniśmy także - jako plan B - budować w Radzie Unii Europejskiej koalicję państw, które podzielają nasze obawy i w razie czego będą blokowały procedury zawieszania płatności. W imię dobra Polski i Europy powinniśmy jednak przede wszystkim dążyć do tego, by to rozporządzenie znalazło swoje miejsce w stosie legislacyjnej makulatury.