W USA mieszkańcy wielkich metropolii zwykle głosują na lewicę, a mieszkańcy mniejszych miasteczek i wsi na prawicę. W niektórych rolniczych stanach tworzy to specyficzną sytuację, w której garstka hrabstw z dużymi miastami sprawia, że lewica rządzi, chociaż większość słabiej zaludnionych hrabstw rolniczych głosuje na prawicę. Oregon jest dobrym przykładem takiej sytuacji. Na przykład w wyborach gubernatora Demokraci zwyciężają zwykle w zaledwie 11 hrabstwach na północnym zachodzie stanu, a Republikanie w pozostałych 25, ale obecność na terenie tych 11 hrabstw dużych miast takich jak Portland – powszechnie uznawane za jedno z najbardziej lewicowych miast w USA – sprawia, że od dekad to lewica rządzi tym stanem. 

Mieszkańcy wiejskich hrabstw w Oregonie mają jednak dość tej sytuacji. Z tego powodu powstała organizacja „Move Oregon's Borders” (MOB). Jej celem jest doprowadzenie do tego, aby hrabstwa rolnicze oderwać od reszty stanu i dołączyć je do sąsiedniego, rządzonego przez prawicę Idaho. 

72-letni Mike McCarter, spiritus movens tego ruchu, powiedział mediom, że jego celem jest wyrwanie tych hrabstw „z duszącego uścisku północno-zachodniego Oregonu”. Jego zdaniem rządząca tym stanem lewica dba tylko o ten fragment, który na nią głosuje. 

- Widzieliśmy te zmiany w polityce Oregonu które sprawiły, że podstawowym zmartwieniem legislatury jest północny zachód. Tam mieszka 78% populacji stanu. Mają tendencję do zapominania, że każde prawo jakie wprowadzają ma wpływ także na nas, w rejonach rolniczych.

- powiedział telewizji Fox News. 

Oregon kontra Idaho

McCarter podkreśla też zalety zostania obywatelem Idaho. Jedną z nich są na przykład znacznie niższe podatki. Inną – dużo większa wolność osobista. Według statystyk prowadzonych przez Cato Institute Idaho w kwestii wolności legislacyjnej zajmuje trzecie miejsce w USA. Lewicowy Oregon jest o 40 miejsc niżej. Idaho ma również bardziej liberalne przepisy dotyczące posiadania broni i bardziej restrykcyjne, jeśli chodzi o aborcję.

Innym powodem jest kwestia imigracji i przestępczości. Oregon to tzw. stan-sanktuarium. Oznacza to, że lokalne władze, policja itp. nie współpracują z federalnymi służbami imigracyjnymi w walce z nielegalną imigracją. Władze stanu są również bardzo liberalne jeśli chodzi o inne przestępstwa. Jako pierwsze w USA zdekryminalizowały na przykład posiadanie ciężkich narkotyków na własny użytek. 

Patrzysz na to i mówisz: więc, jeśli jesteś narkomanem, jeśli jesteś zadymiarzem, jeśli jesteś nielegalnym imigrantem, przyjedź do Oregonu. Jesteśmy stanem-sanktuarium i nie wpadniesz tu w kłopoty. To nie podoba się konserwatystom w Oregonie. Idaho nie jest w ogóle stanem-sanktuarium. To ulga żyć w stanie, w którym dba się o przestrzeganie prawa i nie puszcza się osób je łamiących wolno

- skomentował aktywista.

McCarter i inni zwolennicy odłączenia się od Oregonu walczą o to od lat. Ostatnio jednak udało im się w końcu osiągnąć namacalny sukces. Przy okazji wyborów prezydenckich w czterech hrabstwach zorganizowano w tej sprawie referendum. Mieszkańcy dwóch z nich zagłosowali na tak co oznacza, że władze ich hrabstw są zobowiązane do rozpoczęcia negocjacji w tej sprawie z władzami stanowymi. W dwóch pozostałych przegrali małą ilością głosów. Teraz chcą zorganizować referendum w 11 kolejnych hrabstwach przy okazji zaplanowanych na maj 2021 wyborów parlamentarnych. 

Szanse na to, że uda im się zrealizować ten plan, są jednak minimalne. Faktyczna zmiana granic wymagałaby bowiem porozumienia między oboma stanami oraz zgody Kongresu. O ile władze Idaho przyjęłyby ich z otwartymi rękami, chociażby dlatego, że dałoby im to bezpośredni dostęp do oceanu, o tyle oregońska lewica zrobi wszystko, aby do tego nie doszło. Wiele osób popierających ten ruch otwarcie przyznaje, że traktują to jedynie jako formę protestu politycznego a nie coś, co ma szansę na zwycięstwo. 

To nie pierwsza próba zmiany stanu!

Podobne sprzeczki o granice stanów są w tym regionie bardzo częste. O ich zmianę walczą zarówno organizacje prawicowe, jak i lewicowe. W 1941 roku doszło tutaj nawet do zbrojnej rebelii której celem było powołanie nowego stanu – Jefferson – z terytorium południowego Oregonu i północnej Kalifornii. Na szczęście rebelia skończyła się jedynie straszeniem bronią i nikt nie odniósł w niej obrażeń, a sam temat zniknął wobec ataku Japończyków na Pearl Harbor. W XXI wieku regularnie jednak wracał, a stworzone w 1941 stanowe regalia regularnie goszczą na demonstracjach politycznych w tej okolicy. 

Niedawno podobna sytuacja miała miejsce również w Wirginii. Jej lewicowe władze próbowały zaostrzyć przepisy dotyczące posiadania broni. Wywołało to bunt stanowej policji. Tamtejsi szefowie policji otwarcie twierdzili, że nie będą pilnować ich przestrzegania a szeryfowie grozili, że jeśli będzie trzeba, to będą powoływać całe miasta na swoich zastępców, aby nowe przepisy nie dotknęły ich mieszkańców. 

Pojawił się wtedy również silny ruch mający na celu przejście części zbuntowanych hrabstw do Zachodniej Wirginii, który błyskawicznie zdobył ogromną popularność. Nie byłoby to wydarzeniem bez precedensu. Zachodnia Wirginia powstała bowiem na skutek secesji północno-zachodniego fragmentu tego stanu po tym, gdy rządzący nim Demokraci postanowili dołączyć do Konfederacji przed wojną secesyjną. 

Ostatecznie jednak mieszkańcom Wirginii udało się powstrzymać zakusy lewicy w inny sposób. 22 stycznia wokół budynku stanowego Kapitolu doszło do gigantycznej demonstracji, w której wzięły udział dziesiątki tysięcy osób. Pomimo tego, że niemal każdy z uczestników tej demonstracji przyszedł na nią z bronią palną, była to jedna z najbardziej pokojowych demonstracji w najnowszej historii USA. Sprawiła jednak, że kilku Demokratów wycofało swoje poparcie dla tej reformy i temat umarł na jakiś czas – a razem z nim umarły plany secesji do prawicowego sąsiada.