Piękna markiza-trucicielka

Marie Madeleine Marguerite d’Aubray markiza de Brinvilliers zaczęła truć z miłości, a na koniec – odtrącona przez kochanka – otruła go z zazdrości. Tym kochankiem był Godin de Sainte-Croix, przyjaciel jej męża, z którym związała się w trakcie trwania swego małżeństwa i ponoć gorszyła cały Paryż jawnie pokazując się ze swym ukochanym na mieście, a wreszcie sprowadzając go do pałacu, by z nią zamieszkał. Mąż zgadzał się na wszystko, by unikać awantur, w trakcie których Maria wpadała w taką wściekłość, że wrzeszczała i wyglądała na opętaną.

Paryska trucicielka markiza de Brinvilliers

Wreszcie cała ta sytuacja zmęczyła nawet jej ojca. Szanowany urzędnik na królewskim dworze, Antoine Dreux d’Aubray poprosił o wtrącenie Sainte-Croixa do Bastylii. Jego prośbę spełniono bez problemu, szczególnie, że kochanek córki był znanym awanturnikiem i miał wiele sprawek na sumieniu. Nieszczęsny ojciec nie przewidział jednego – gniewu Marii Magdaleny, który pchnął ją w stronę trucicielskiej profesji, do czego przyczyniło się poznanie w więzieniu przez Sainte-Croixa znanego włoskiego truciciela Exiliego. Kiedy bowiem obaj wyszli na wolność Exili zamieszkał z zakochaną parą i nauczył ich wszystkiego, co wiedział o najstraszniejszych truciznach. A przyznać trzeba, że jego wiedza była imponująca, gdyż on sam pobierał nauki u Chritophera Glasera, aptekarza Ludwika XIV i zarazem autora dzieła „Traité de la chymie”. Pierwszą ofiarą miał być oczywiście ojciec markizy, ale była ona perfekcjonistką i nie chciała komplikacji. Zaczęła być stałą bywalczynią przytułków paryskich, niosła pomoc najbiedniejszym i wzbudzając podziw wszystkich swoją dobroczynnością i oddaniem. Nie wiedziano, że przebiegły plan polega na karmieniu biedaków zatrutym jedzeniem i sprawdzaniu, które trucizny i w jaki sposób działają. Podobno pewność co do wyboru trutki markiza zdobyła po śmierci kilkudziesięciu ofiar. W 1666 roku zaczęła dodawać trucizny do posiłków ojca. Miesiącami odgrywała czułą i kochającą córkę, która jedną ręką podawała zatruty pokarm, a drugą pielęgnowała coraz bardziej chorego Antoine’a. Wreszcie ojciec zakończył żywot, a wtedy trucicielka zwróciła się przeciw swoim braciom, mając nadzieję na przejęcie całego spadku. Obaj zmarli w 1670 roku, a przeprowadzona sekcja zwłok jednoznacznie wskazała na otrucie. Mimo tego nikt nawet nie brał pod uwagę, że do ich śmierci mogła się przyczynić „kochająca” siostra. Szczególnie, że tym razem wynajęła służącego, by to on dosypywał odpowiednie dawki toksycznej ingrediencji. Z najbliższej rodziny na posterunku wśród żywych ciągle tkwił spolegliwy i zgadzający się na wszystko mąż Marii. Ale kiedy i jemu zaczęła „przyprawiać” potrawy, wyrzuty sumienia obudziły się w jej kochanku. Jak pisała w swych listach markiza de Sévigné „Sainte-Croix nie był żądny tego, by mieć za żonę podobnego diabła, i dawał biednemu mężowi odtrutki”. Wściekłość de Brinvilliers nie miała granic, a sam Sainte-Croix wkrótce zmarł i być może dosięgła go perfumowana rączka kochanki. Mówiło się, że zatruły go opary, kiedy przeprowadzał eksperymenty w swoim alchemicznym laboratorium. Tak czy inaczej był to początek końca wielkiej paryskiej trucicielki. Zadłużony denat przechowywał bowiem w czerwonej skrzyneczce wszystkie listy Marii Magdaleny wraz ze szczegółowymi planami trucicielskimi oraz fiolki z truciznami. Świadoma zagrożenia kobieta uciekła za granicę i policja dopadła ją dopiero 4 lata później w Liège. Bojąc się sądu w Paryżu, trzy razy starała się popełnić samobójstwo w więzieniu tymczasowym w Maastricht, ale ją odratowano. Do stolicy Francji eskortowała ją setka żołnierzy. Śledztwo prowadził Nicolas de la Reyna, który szybko wpadł na trop licznych, nienaturalnych śmierci, zarówno wśród biedoty jak i na królewskim dworze. Zachowały się liczne dokumenty i akta procesowo-śledcze, dzięki którym można wciąż śledzić tę głośną sprawę. W zasadzie sprawa markizy de Brinvilliers była jasna, dowody znalezione w szkatule niepodważalne. Mimo tego trucicielka twierdziła, że jest niewinna, zwalając wszystko na nieżyjącego kochanka. W związku z tym nie ominęły jej wymyślne tortury, będące wówczas prawnie zaakceptowanym formami wydobywania zeznań.

Przyznała się w końcu, że otruła rodzinę licząc na spadek, ale jednocześnie stwierdziła, że nie tylko ona w wyższych sferach posługiwała się truciznami. Wydała też swoich służących, którzy pomagali jej w procederze. Skazana na ścięcie, najpierw musiała publicznie wyznać swoje błędy pod katedrą Notre-Dame i błagać Boga o przebaczenie.

Maria Magdalena w drodze na ścięcie, mal. Le Brun

Potem wśród zgromadzonych ludzi odprowadzono ją na plac de Grève, gdzie czekał nieprzebrany tłum oraz paryski kat, który zakończył żywot zbrodniarki jednym cięciem miecza. Twierdził potem, że było to najlepsze cięcie w jego życiu. „Jej ciało wrzucono po egzekucji do wielkiego ognia, a prochy rozsypano na wietrze; tym sposobem wdychać ją będziemy i udzielą się nam za sprawą duchów jadowite nastroje” – pisała markiza de Sévigné. Miała rację, już wówczas w Paryżu grasowała inna wielka morderczyni – La Voisin, którą złapano cztery lata później, a która zamordowała kilkaset dzieci i dorosłych. Pikanterii niech doda fakt, że La Voisin była świadkiem na procesie Marii Magdaleny.

 

 

Źródło: niezalezna.pl

#Ludwik XIV #XVII wiek #Paryż #trucizna #markiza de Brinvilliers

Magdalena Łysiak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo