A co z myślozbrodnią?

Odpowiedzią na poszerzającą się sferę wolnego słowa i myśli są próby wprowadzenia cenzury zarówno prewencyjnej, jak i represyjnej.

Odpowiedzią na poszerzającą się sferę wolnego słowa i myśli są próby wprowadzenia cenzury zarówno prewencyjnej, jak i represyjnej.

Czymże w istocie rzeczy jest uporczywa odmowa przydzielenia telewizji Trwam miejsca na multipleksie, jak nie ograniczaniem wolności słowa i próbą zamknięcia ust krytykom poprzez blokowanie technicznej możliwości dotarcia do większej liczby odbiorców?
Czymże jest propozycja zwalczania tzw. mowy nienawiści poprzez próbę wprowadzenia do kodeksu karnego paragrafu dotyczącego tzw. mowy nienawiści? Zaproponowane przez Platformę Obywatelską chronienie „naturalnej cechy osobistej człowieka, wrodzonej lub nabytej” przy jednoczesnym usunięciu obrazy uczuć religijnych stanowiło taki potworek prawny, że zaprotestowali nawet „zaprzyjaźnieni z władzą” konstytucjonaliści.

Państwo utajnione

Podobnie było, kiedy jeszcze na łamach „Rzeczpospolitej” ujawniłem, że MSZ posyłało na Białoruś PiT-y opozycjonistom, a rzeczywistą odpowiedzialność za uwięzienie Alesia Bialackiego ponosiła głównie polska dyplomacja, a nie prokuratura. MSZ zaproponowało wtedy wprowadzenie specjalnej tajemnicy dyplomatycznej. Również i ten pomysł spotkał się z krytyką. Nic dziwnego. W gruncie rzeczy byłoby to kolejne ograniczenie dostępu do informacji publicznej. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby inne resorty powieliły ten pomysł i jęły wprowadzać kolejne tajemnice: rolniczą, polityki społecznej, gospodarki. Jak domniemywam, minister Sławomir Nowak byłby zachwycony, gdyby po ostatnim kolejowym chaosie na Śląsku wprowadzić tajemnicę transportową. Gdyby jeszcze tak wprowadzić tajemnicę drogową, ludzie odpowiedzialni za odśnieżanie pewnie pialiby z zachwytu, a zima już nigdy by nie zaskoczyła drogowców, przynajmniej w mediach.

Czym jest, jeśli nie formą cenzury, zastraszanie właścicieli sal, tak by odmawiali udostępnienia miejsca na spotkania z ludźmi będącymi krytykami władzy?

Nigdy nie myślałem, że w III RP wrócą praktyki znane z PRL-u i że chcąc powiedzieć większemu gronu o tym, co myślę, będę musiał występować w przykościelnych salkach. A tak dzieje się coraz częściej. Oczywiście rzadko pada odmowa wprost. Przykładowo: ostatnio władze miejskie jednego z miast na południu Polski, po tym jak na spotkanie z Janem Pospieszalskim przyszło mnóstwo osób, odmówiły sali na kolejne. Oficjalny pretekst - istnieje obawa, że strop może nie wytrzymać. Od biedy można byłby przyjąć taką argumentację, gdyby nie fakt, że niebawem w tej samej sali zorganizowano koncert, który zgromadził podobną liczbę osób, co spotkanie z autorem programu „Bliżej”. Tym razem nikomu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - władze chwaliły się rekordową frekwencją na nieszkodliwym politycznie koncercie.

W tym samym miasteczku, kiedy zorganizowano marsz ku czci ofiar stanu wojennego, strażnicy miejscy nie bacząc na to, że to, co robią, jest przestępstwem, domagali się, by nie wznosić „okrzyków antypaństwowych”. Chodziło konkretnie o zawołania przeciw Donaldowi Tuskowi.

Inwigilacja w imię miłości

Żyjemy w państwie, w którym kochająca nas władza domaga się coraz większej ilości informacji o obywatelach. Wszystko to oczywiście, by „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Rozbudowa systemów inwigilacyjnych w ochronie zdrowia czy w oświacie, montowanie tysięcy fotoradarów i kamer wcale jednak nie skraca kolejek do specjalistów, nie powoduje, że spada liczba przestępstw i wykroczeń. Władza wie natomiast o nas coraz więcej. My o władzy za to coraz mniej.

Polacy są jednak nacją przekorną. Im więcej im się ogranicza swobody tym natarczywiej domagają się swoich praw. I coraz rzadziej dają się nabrać na propagandę, domagając się informacji zamiast faktoidów.

Odpowiedzią na ograniczenie dostępu środowisk konserwatywnych do mediów tzw. mainstreamu jest tworzenie kolejnych kanałów dystrybucji wolnego słowa i informacji. Rosnące udziały w rynku internetowym takich inicjatyw, jak Niezależna.pl, Wpolityce.pl, Blogpress świadczą o głodzie informacyjnym obywateli. Już nawet media zaprzyjaźnione z władzą z niepokojem konstatują, że w internecie wygrywają nie czytelnicy „Gazety Wyborczej”, lecz inicjatywy związane z szeroko rozumianą prawicą.

Dość getta!

A najgorsze, że ci obrzydliwi konserwatyści nie chcą siedzieć w swoich norach i uporczywie nie dają się zamknąć w gettach. Już tym obrzydliwym podżegaczom psującym nastrój zielonej wyspy nie wystarcza internet. Wypychani z telewizji i rozgłośni „zaprzyjaźnionych z władzą” tworzą już nie tylko własną prasę, ale również radio i telewizję. Wystarczy wymienić takie inicjatywy, jak nowo powstająca telewizja - grupująca spektrum osób, jakiego nie powstydziłaby się Rzeczpospolita wielu narodów i wyznań - od endekoidalnego Rafała Ziemkiewicza, poprzez piłsudczyka Tomasza Sakiewicza. Obok ultrakatolika Tomasza Terlikowskiego staje luteranin Gmyz, a nad wszystkim czuwa, jako redaktor naczelny, Bronisław Wildstein.

Podobnie jest z rozgłośniami. Radio Maryja w ciągu ostatniego roku zwiększyło swoją słuchalność o prawie jeden punkt procentowy i obecnie jest piątą rozgłośnią w kraju. Co jednak jeszcze bardziej interesujące, udział RM w rynku radiowym jest dziś większy niż TVN24 w rynku telewizyjnym. Rynek radiowy jest zaś o wiele bardziej konkurencyjny niż telewizyjny.

Na popularności zyskują też takie inicjatywy, jak Radio Wnet, odbierane głównie w internecie.

Jedyną blokadą możliwości ich rozwoju są urzędnicze ograniczenia. Powoli problemem przestają być finanse. Kiedy Paweł Lisicki po wyrzuceniu z „Uważam Rze” ogłosił, że chce stworzyć nowy tygodnik, ustawiła się do niego kolejka inwestorów. I nie są to bynajmniej drobni ciułacze, lecz ludzie z dużymi pieniędzmi. Na rynku wciąż istnieje gigantyczna luka. Jeśli bowiem co najmniej 30 proc. obywateli naszego kraju, którzy głosują na prawicę, mają ograniczoną reprezentację w mediach, to jest to doskonała okazja do zarobienia pieniędzy.

Co ciekawe, piewcy wolnego rynku wylewają krokodyle łzy, że prawicowe media będą ze sobą konkurować. Mnie to nie martwi. Pomieścimy się, a my naprawdę wierzymy w wolny rynek.

Martwi mnie co innego. Jeśli już teraz proponuje się ograniczanie wolności słowa poprzez zwalczanie tzw. mowy nienawiści, to obawiam się, że następnym krokiem będzie zwalczanie myślozbrodni.

Sądzę jednak, że my myślozbrodniarze sobie poradzimy - „myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony”.

 

Źródło:

Cezary Gmyz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo