Generałowie Jaruzelski i Kiszczak zachowywali się, jakby to nie oni napędzali zbrodniczy system. To woła o pomstę do nieba – mówi Włodzimierz Ulański, były górnik z katowickiej kopalni „Wujek” w rozmowie z portalem Niezależna.pl

W grudniu 1981 miał Pan 25 lat, a pracę górnika w kolpani „Wujek” łączył ze studiami. Jaki był ten Pański 16 grudnia, gdy w „Wujku” zginęło dziewięciu górników?
Wszystkich bardzo zdenerwowała wiadomość o ciężkim pobiciu naszego przewodniczącego Solidarności. W dodatku ci, którzy przyszli mu pomóc też zostali pobici. Dlatego postanowiliśmy zastrajkować. Nie było agresji, tylko zdecydowanie i wola pokojowego protestu. Ale później, gdy zomowcy przystąpili do ataku, ludziom naprawdę puszczały nerwy. Byłem jednym z szesnastu oddziałowych, w mojej drużynie był Zbyszek Wilk. Kiedy zginął miał 30 lat. Tamtego dnia nie mogliśmy pozwolić, by zomowcy robili z nami co chcieli. Dlatego broniliśmy się, chowając się przed gazami, a potem przed kulami przy rurach cieplnych. A kiedy tylko się dało, goniliśmy ich, rzucając metalowymi śrubami. Wie pan, kopalnia to nie jest miejsce dla grzecznych chłopców, tutaj pracowali twardzi mężczyźni. Nie pozwoliliśmy sobie w kaszę dmuchać.

Zanim zomowcy użyli ostrej broni były gumowe kule i gazy.
Dostałem parę razy gumową kulą, ale gazy były gorsze. Ludzie dusili się nimi, dostawali krwotoków, dosłownie tracili głos. Próbowaliśmy odrzucać te puszki z gazami, którymi strzelali w naszą stronę. Żeby nie zacząć się dławić, twarze owijaliśmy sobie onucami albo jakimiś kawałkami gazy, które ktoś przyniósł. Po 16 grudnia nie byłem w stanie pracować normalnie. Chorowałem przez pół roku, miałem omdlenia, krwotoki. Zomowcy musieli naprawdę straszne ilości tych gazów użyć przeciwko ludziom. Koledzy przez długie miesiące wracali do zdrowia. Niektórym się nie udało, a lekarze stwierdzili u nich trwałe uszkodzenie systemu nerwowego. Oczywiście można powiedzieć, że mieli więcej szczęścia, niż dziewięciu chłopaków, których zomowcy zamordowali.

Tragedia „Wujka” naznacza na całe życie?
Zostaje ślad w pamięci, którego się nie da zamazać, wyrwać, wyrzucić. Człowiek w naturalny sposób ucieka od scen drastycznych, tragicznych. Ale w tym przypadku to bardzo trudne. Jeżeli tylko zaczyna się rozmowa o 16 grudnia, od razu wracają obrazy, wspomnienia. Bywa i tak, że zapachy – np. zapachy spalin – potrafią z miejsca przywrócić w pamięci tamte chwile. Chmury gazów milicyjnych nad kopalnią. Ale przyznam, że trzeba się starać uciekać od tych myśli. Gdyby nie, to człowiek chyba by musiał zwariować.

Mówimy o obrazach, a co ze świadomością? Tego, że zbrodnia w „Wujku” to wciąż zbrodnia bez kary?
Dzisiaj Jaruzelski jest starym, schorowanym człowiekiem. Zgoda, ale czy to znaczy, że nie powinien ponieść odpowiedzialności? Jestem, tak jak większość kolegów, bardzo rozczarowany, że włos mu z głowy nie spadł. Nie nazwano jego winy. Jak można było w ogóle nie osądzić stanu wojennego, oprawców? To będzie zawsze bolało i uwierało. Niech oni nie liczą, że ludzie zapomną. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości zawsze w nas siedzi. Generałowie Jaruzelski i Kiszczak zachowywali się, jakby to nie oni napędzali zbrodniczy system. To woła o pomstę do nieba. Ukarani i to w moim przekonaniu symbolicznie zostali zomowcy z plutonu pacyfikującego „Wujka”. Ale to tylko ręka, która dokonała zbrodni. A co z głową?

Środowisko górników z „Wujka” wciąż trzyma się razem?
Tak, a miejscem które nas skupia jest muzeum przy kopalni. Co roku chodzimy na uroczystości rocznicowe pod pomnikiem. Staramy się zachowywać już dystans, bo inaczej się nie da. Nie można pozwolić, by ponosiły nas emocje. Czas trochę zagoił rany, ale w dołku człowieka jeszcze wciąż ściska gdy przypomną się tamte chwile. I świadomość, że niektórzy najbliżsi zastrzelonych górników nie doczekali się poczucia elementarnej sprawiedliwości. Jak mama najmłodszego, Janka Stawisińskiego, która umarła w ubiegłym roku w Koszalinie.

A ma Pan to, co moglibyśmy nazwać poczuciem sprawiedliwości, patrząc na dzisiejszą Polskę?
Bardzo mnie boli, że choćby zmian w kodeksie pracy dokonuje się na korzyść pracodawców, zapominając o pracownikach. A te uprzywilejowane środowiska to często ludzie, którzy się uwłaszczyli na społecznym majątku. Dostrzegam źle pojętą restrukturyzację. Na Śląsku wyraźnie widać, jak wiele zakładów rozparcelowano i oddano nowym właścicielom. Dosłownie za grosze. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że po 1989 roku zbudowaliśmy system bardzo niesprawiedliwy społecznie. Ci, którzy nas w dawnym systemie gnębili a nawet katowali, dzisiaj mają się często dużo lepiej od nas.

Rozmawiał Rafał Kotomski


Fragment pomnika przy kopalni „Wujek” - fot. Rafała Kotomski