Wraz ze wzrostem liczby zachorowań rząd wprowadził kolejne obostrzenia w działalności przedsiębiorców. Tym razem restrykcje dotykają m.in. branżę gastronomiczną, która jako jedna z pierwszych obok hoteli i branży wystawienniczej ucierpiała na skutek pandemii. Skutki takiego stanu są opłakane. Zadłużenie restauratorów systematycznie rośnie, w pierwszy lockdown weszli z 647 mln zł zaległości, teraz mają o ponad 48 mln zł więcej – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK.

Przedstawicielom szeroko pojętego sektora usługowego jeszcze przed nowymi obostrzeniami trudno było myśleć z optymizmem o przyszłości. Jak wynika z wrześniowego badania dla BIG InfoMonitor, 29 proc. spośród mikro, małych i średnich firm szacowało zdolność przetrwania kolejnej fali kryzysu na okres od jednego do trzech miesięcy. Maksimum pół roku dawało sobie 16 proc.

zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Wprowadzone obostrzenia z pewnością nie poprawią więc minorowych nastrojów branży gastronomicznej. Konieczność funkcjonowania jedynie w formule dostaw i odbiorów osobistych odbije się na kondycji finansowej przedsiębiorców, szczególnie tych, którym kilka miesięcy temu nie udało się skutecznie dostosować do takiego sposobu działania

dodaje.

Dlatego też firmy proponują złagodzenie obostrzeń, a nawet powrót do handlu w niedzielę.

Senat skierował już do Sejmu projekt ustawy znoszący zakaz handlu w niedzielę w stanie epidemii oraz w okresie 90 dni po jego zakończeniu. O zniesienie zakazu handlu apelowali w ostatnim czasie pracodawcy, którzy skierowali do Rady Dialogu Społecznego projekt ustawy. Według ich propozycji, zakaz handlu nie obowiązywałby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub epidemii i przez 180 dni od ich odwołania. Zaproponowano, aby pracownicy handlu mieli w tym czasie zapewnione dwie wolne niedziele w miesiącu. Jak argumentowali autorzy tej propozycji, poluzowanie ograniczeń umożliwiłoby rozłożenie zakupów na dodatkowy dzień w tygodniu, co byłoby z korzyścią dla bezpieczeństwa zdrowotnego Polaków. Jednak premier Mateusz Morawiecki zastrzegł, że na razie nie jest brane pod uwagę takie rozwiązanie. Rząd zaproponował w zamian inne rozwiązania.

Od 15 bm. obowiązują w handlu godziny dla seniorów. Od 10 do 12 zakupy w sklepach, drogeriach, aptekach czy punktach pocztowych mogą zrobić tylko osoby, które ukończyły 60 lat. To ważna zmiana w stosunku do poprzednich regulacji - w czasie wiosennego nasilenia pandemii preferencje były dla osób, które ukończyły 65 lat. Handlowcy uważają, że to martwy przepis - nie stosują się do niego ani osoby starsze ani pozostali kupujący. Wielkie sieci i galerie cały czas dążą więc do przywrócenia handlu w niedziele. Z propozycjami powrotu do handlu w niedzielę nie zgadza się jednak NSZZ Solidarność.

Marek Lewandowski, rzecznik związku uważa, że problem w galeriach handlowych to wysokie ceny wynajmu lokali, niekorzystne umowy dla wynajmujących, a nie brak handlowych niedziel.

Poza tym galerii jest za dużo i wszystkie oferują to samo

twierdzi.

Dane Sekretariatu Krajowego Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ Solidarność pokazują, że brakuje ponad 160 tys. osób do pracy w handlu. W niemieckich Lidlach pracuje dwa razy więcej osób niż w polskich.

Ludzie są przeciążeni

uważają związkowcy.

W dodatku zakaz niedzielnego handlu i pandemia spowodowały, że klienci omijają w weekendy galerie. Nawet w niedziele handlowe jest obecnie mniejszy ruch w galeriach, a coraz więcej rodzin poświęca weekend na wypoczynek, a nie na zakupy. Pojawiła się jednak propozycja związkowa, by płacić za pracę w niedzielę dwa i pół razy więcej, co spowoduje, że więcej sprzedawców zechce przychodzić do pracy. Andrzej Radzikowski, wiceszef OPZZ, podkreśla, że wówczas pracodawca zastanowiłby się też, czy na pewno otwieranie sklepu w niedziele jest konieczne.

Muszę przyznać, że nasi związkowcy pracujący w sklepach są zadowoleni z wolnych niedziel

dodaje.

Właściciele sklepów nie chcą jednak płacić więcej, i kółeczko się zamyka. Warto jednak podkreślić, o czym pisaliśmy już na naszym portalu, że branże gastronomiczna, rozrywkowa, fitness i sprzedaży detalicznej otrzymają dalsze wsparcie w walce z kryzysem wywołanym pandemią. Przedsiębiorcy z tych branż będą mogli liczyć m.in. na zwolnienie z ZUS-u i świadczenia postojowe za listopad, a także dotacje w wysokości 5 tys. zł. Na ten cel pójdzie ponad 1,8 mld zł.

O wsparcie będą mogły ubiegać się firmy z branż: gastronomicznej, rozrywkowej (estradowej, targowej, fotograficznej, filmowej), dbającej o zdrowie fizyczne (siłownie, sport, rekreacja), sprzedaży detalicznej (targowiska, bazary).

W ramach Tarczy Branżowej przedsiębiorcy mogą liczyć na dobrze znane instrumenty wsparcia. Wśród nich znajdują się:

  •     zwolnienie ze składek ZUS (za listopad)

- w przypadku uzyskania przychodu w XI niższego o 40% rok do roku;

  •     świadczenie postojowe (za listopad)

- w przypadku uzyskania przychodu w X lub XI niższego o 40% rok do roku;

  •     mała dotacja w wysokości 5 tys. zł

- w przypadku uzyskania przychodu w X lub XI niższego o 40% rok do roku;

Pracodawcy z branż najbardziej dotkniętych epidemią będą mieli odroczoną płatność zaliczek na PIT pobranych od ich pracowników. Wpłata zaliczek za X, XI, XII będzie przesunięta o pół roku. Dzięki temu w tych trzech kluczowych miesiącach na kontach firm pozostanie 300 mln zł. Rozwiązanie zostanie wprowadzone stosownym rozporządzeniem.

Oprócz tego wydłużono możliwość skorzystania z już funkcjonujących form pomocowych. Przedsiębiorstwa, które wiosną nie spełniły warunków, a dopiero teraz po raz pierwszy odczuły pogorszenie sytuacji gospodarczej, mogą skorzystać z dofinansowania do wynagrodzeń, mikropożyczek i postojowego. Mają na to czas do 30 czerwca 2021. Przypomnijmy, że do tej pory przedsiębiorstwa z branż gastronomicznej, rozrywkowej, sportowej i sprzedaży detalicznej również były objęte rządowym wsparciem. W ramach dotychczasowego wsparcia Tarczy Finansowej PFR do 60 tys. firm, działających w tych sektorach trafiło 7,9 mld zł. W ramach Tarczy Antykryzysowej z tytułu zwolnień z ZUS-u i wypłat postojowego firmy te zyskały 2,9 mld zł. To bardzo cenne, bo wspiera firmy, które najbardziej cierpią w wyniku pandemii.

W ostatnich miesiącach we wszystkich rodzajach działalności usługowej związanej z wyżywieniem doskonale widać narastające problemy, a także ścisłą zależność branży od narzucanych gospodarce obostrzeń. Restrykcje prowadzą bezpośrednio do problemów objawiających się rosnącą liczbą likwidowanych i zawieszanych firm. Najwięcej takich sytuacji miało miejsce w marcu i kwietniu, a następnie w sierpniu i wrześniu. Nowe ograniczenia z pewnością także przyniosą tego typu konsekwencje

zauważa Sławomir Grzelczak.

Według wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska na początku roku działało około 70 tys. placówek gastronomicznych stałych i sezonowych, a w ciągu dziewięciu miesięcy działalność zawiesiło 4,3 tys. podmiotów szeroko rozumianego sektora gastronomicznego. Z danych GUS wynika, że we wrześniu największy wzrost liczby podmiotów z zawieszoną działalnością w porównaniu do poprzedniego miesiąca odnotowano w sekcji zakwaterowanie i gastronomia (41,5 proc.). Według urzędu jest to jedyna kategoria, w której we wrześniu liczba podmiotów wyrejestrowanych z bazy REGON przekroczyła liczbę nowych wpisów.

Okres wakacyjny był dla wielu usługodawców okazją do wytchnienia. Wydawało się, że koronawirus jest w odwrocie, a część Polaków rekompensowała sobie miesiące izolacji i ograniczeń. Branża gastronomiczna, podobnie jak np. turystyka, starała się odrabiać zaległości

mówi Sławomir Grzelczak

Niestety rosnąca liczba zachorowań, wynikające z tego obostrzenia, ale i większa dbałość konsumentów o własne zdrowie, ponownie wpędziły branżę w kłopoty

dodaje.


Artykuł pochodzi ze strony filarybiznesu.pl