Specjalista ocenia, że obecny spadek zachorowań na grypę wynika z mniejszej liczby interakcji społecznych.

Jeszcze grypy nie ma. Grypa to jest rzecz, która będzie dopiero. Mamy na razie paragrypę. Leczone przypadki, które są podawane opinii publicznej przez Państwowy Zakład Higieny, to są przypadki grypy i paragrypy, więc samej grypy jeszcze nie ma. Oczywiście nie czekamy na nią z utęsknieniem, raczej z obawami.
- tłumaczy dr Sutkowski.

Wskazał, że przypadków paragrypy jest mniej, ponieważ, „część osób jest na kwarantannie i w izolacji, część osób chodzi w maseczkach, a wcześniej przestrzegało zasad higieny”. 
Mniej osób chodzi do pracy i szkoły, czyli, krótko mówiąc, liczba interakcji zmniejsza się i dzięki temu mamy mniej zachorowań.
- podsumował.

Zauważył, że podobny spadek zachorowań obserwowany był już w poprzednim sezonie grypowym, mimo że COVID-19 przyszedł praktycznie przy końcu grypy. Według danych NIZP-PZH w sezonie jesienno-zimowym (1.09.2019-30.04.2020) zanotowano 3 mln 769 tys. 480 zachorowań.

Nie było to 5 mln czy 5,5 mln, które potrafi być, czyli na pewno o 1,5 mln zmniejszyła się liczba zachorowań na grypę, porównując sezon 2018/2019 z sezonem 2019/2020.
- powiedział prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

Ocenił, że to jest jeden z nielicznych plusów COVID-19.

Dzięki epidemii może nauczmy się dystansować, nie wchodzić komuś na głowę przy kasie w supermarkecie, nie kasłać na kogoś, może nauczymy się myć ręce i kichać nie w przestrzeń publiczną, tylko w chusteczkę.
- tłumaczy specjalista.

Dr Sutkowski wskazał, że nasilenia grypy możemy spodziewać się „pod koniec grudnia, a szczytu w pierwszej dekadzie lutego”.