W opublikowanym na łamach „Gazety Polskiej” wywiadzie Jarosław Kaczyński wspomina wydarzenia z 13 grudnia 1981 r.  Z prezesem PiS rozmawia Joanna Lichocka. Poniżej publikujemy fragmenty wywiadu.

Jak Pan pamięta 13 grudnia?
Była niedziela. Dowiedziałem się w kościele św. Stanisława Kostki, dokąd poszedłem na mszę. Tłum w kościele mnie nie zdziwił, gdyż było nawiedzenie obrazu Najświętszej Marii Panny. Szedłem z domu bocznymi ulicami i nie widziałem żołnierzy. Spotkałem moją mamę i Martę Fik, nieżyjącą już krytyk filmową, i ona mi powiedziała, że w Związku Literatów powstał ośrodek, gdzie się można czegoś więcej dowiedzieć. Pojechałem tam, było ogromne zamieszanie. Wiadomo było, że zatrzymano ludzi, nie było wiadomo, kogo. Pojechałem więc do miejsca, gdzie się spotykaliśmy, czyli do mieszkania Urszuli Doroszewskiej, a dokładnie Jakuba Karpińskiego, nieobecnego wtedy w Polsce.

My, to znaczy kto?
Redakcja „Głosu”. W opozycji byłem od 1976 r., od powstania Komitetu Obrony Robotników. Na przełomie 1979 i 1980 r. przeszedłem z Biura Interwencyjnego KOR do redakcji Głosu. Mieszkanie było zamknięte, więc wróciłem do domu. Przyjechał jeden z kolegów z pracy w OBS, czyli Ośrodka Badań Społecznych utworzonego przy Solidarności Region Mazowsze, w którym pracowałem. To już był wieczór, godzina policyjna, więc przenocował i pojechaliśmy rano do Huty Warszawa. To był najbliższy wielki zakład pracy, który protestował. Znów zamieszanie, szum informacyjny. Ludzie ze strajku powiedzieli nam, że Lech Wałęsa jest gdzieś w Warszawie, że trzeba go ściągnąć do strajkującej huty. – Jedźcie go szukać, jest w jakimś hotelu – usłyszeliśmy. Pojechaliśmy, ale oczywiście żadnego Wałęsy nie było, tylko informacje, że jest w sądzie, więc tam pojechaliśmy. Odbyła się tam scena, która pokazała, jak jest, jakie są nastroje. Wzięliśmy w hucie opaski strajkowe, biało-czerwone do założenia na ramię. Machając nimi około 20 minut próbowaliśmy pod sądami na Lesznie zatrzymać jakiś samochód. Nikt nie przystanął, mimo że przejeżdżało mnóstwo aut. Wróciliśmy pod hutę. Była już otoczona przez ZOMO i wojsko, nie można było się dostać do środka. Pojechałem więc jeszcze do siedziby prymasa, żeby powiedzieć o otoczeniu huty i wróciłem do domu, do bardzo późna słuchałem Wolnej Europy, próbując się czegoś dowiedzieć.

Co było dalej?
Rozpoczął się strajk w Pałacu Staszica w siedzibie Polskiej Akademii Nauk i Instytutu Badań Literackich, gdzie pracowała moja mama. Popędziłem tam, milicja blokowała wejście, ale idąc pewnie, przeszedłem między nimi i wszedłem do środka. To zresztą wiele razy mi się później udawało – jeśli ktoś bezczelnie, na zimno wchodził między milicjantów, to się udawało przechodzić.
W Instytucie nikogo już nie było, strajk trwał tylko kilka godzin i został spacyfikowany przez milicję, wszystkich wyprowadzono. W grupie osób, które zatrzymano, był wtedy Piotr Gliński.

Co się działo dalej?
Trwało zamieszanie. Były jakieś spotkania. Szukaliśmy się przede wszystkim z ludźmi z „Głosu”, bo część się ukryła. Doszło do nas, że prawie nikt z naszych nie został internowany. Na pewno przed tym, zanim mnie zwinęli, dotarłem do Uli Doroszewskiej. Ukrywała się w jakimś bloku na Ochocie, gdzieś na Rakowcu. Jak stamtąd wróciłem, dowiedziałem się od rodziców, że była po mnie ekipa z SB. No i następnego dnia mnie zwinęli. Byłem spakowany i przygotowany na ucieczkę, czekałem z wyjściem z domu, aż skończy się godzina policyjna. Zjawili się jednak przed 6 rano i zabrali do MSW. Pamiętam, że zawieźli mnie na wysokie piętro i jakiś facet dość uprzejmie próbował mnie przesłuchać. Pamiętam jak dziś, że zaczął od tego, jak ja oceniam problem niemiecki (śmiech). Nie ma tego jednak w notatce z tej rozmowy. Zaproponował podpisanie tzw. lojalki, na co oczywiście się nie zgodziłem. Chciał, bym choć ustnie zapewnił, że będę przestrzegał prawa stanu wojennego, na co mu powiedziałem, że nie będę. Usłyszałem, że jak zobaczy mnie gdzieś w środowiskach opozycyjnych, to mnie zamknie. I tak to wyglądało. Ponieważ przedtem wzięli do MSW Jana Olszewskiego, z którym byłem w kontakcie, i on podpisał oświadczenie o odmowie podpisania lojalki, to ja powiedziałem temu esbekowi, że mogę podpisać oświadczenie, ale właśnie o odmowie. Napisałem je, zresztą później w III RP je odnaleziono. To z niego prawdopodobnie wykrojono litery i zrobiono dokument z szafy Lesiaka, czyli moją rzekomą lojalkę, którą opublikował Jerzy Urban, za co po procesie musiał przeprosić.

Nie był Pan internowany.
Wieczorem mnie wypuścili, i było to dla mnie bardzo niemiłym zaskoczeniem. Nie ukrywam, że nieprzyjemnym, bo przecież działałem cały czas. Uważałem zresztą, że jestem w sytuacji dużo gorszej niż internowani. Miałem absolutny imperatyw, że muszę działać, i sądziłem, że w efekcie pójdę siedzieć, co było gorsze od internowania.

Wiedział Pan, że brat był internowany?
O tym, co się dzieje z bratem, dowiedzieliśmy się dopiero po kilku dniach. Ojciec wydobył na Politechnice pozwolenie wyjazdu do Gdańska. Łączności przecież żadnej nie było, możliwości swobodnego przemieszczania się po Polsce także nie. Ojciec wsiadł w pociąg, odnalazł bratową i tak się dowiedzieliśmy.

Co się działo potem?
Później zacząłem natychmiast działać i mam dla niedowiarków nawet dowody sądowe, bo w tej sprawie miałem proces z Jerzym Urbanem. Działałem trochę w MRKS i dalej w „Głosie”. Szybko został ściągnięty do Warszawy ukrywający się w Gdańsku Ludwik Dorn, którego ukryłem. Kontynuowaliśmy działalność związkową, czyli w naszym przypadku Ośrodka Badań Społecznych regionu. Działał do 1989 r., chociaż pod koniec, trzeba przyznać, jego działalność była już bardziej towarzyska (śmiech). Od sierpnia 1982 r. moją główną aktywnością było działanie w ramach Komitetu Helsińskiego, którego faktycznym szefem był Stefan Starczewski, potem doszło jeszcze kilka osób, firma się rozrosła.

Całość rozmowy w najnowszym numerze "Gazety Polskiej"