Dobry gracz potrafi sprawić, że kolejne posunięcie na szachownicy jest zaskoczeniem, wepchnąć w iluzoryczną pułapkę oczywistości, która okazuje się blagą, celowym działaniem maskującym. Podobnie jak dobry film. Jeśli widz jest w stanie dopisać kolejne sceny, przeczuć detale, usłyszeć niewypowiedziane jeszcze, dalsze części trwających dialogów – film jest na straconej pozycji.

Dlatego też „Fisheye”, który na ekrany kin wchodzi 13 listopada, grę z widzem przegrywa. 

Sam opis, trzeba przyznać, brzmi nawet zachęcająco:

Fisheye to wizjer, a zarazem jedyny kontakt ze światem Anny (Julia Kijowska), która właśnie dokonała wielkiego odkrycia naukowego. Niestety nie dane jest jej nacieszyć się owocami swej pracy. Zostaje porwana i poddana obserwacji w zamknięciu. Przez tytułowy wizjer śledzi życie najbliższych, którzy nie szczędzą wysiłków, by ją odszukać. Jednocześnie nawiązuje skomplikowaną relację z porywaczem (Piotr Adamczyk). Zdesperowana kobieta zaczyna rozumieć, że aby się uwolnić, musi rozwikłać tajemnicę z przeszłości.

Fabuła jednak pozostawia wiele do życzenia. Jest niespójna psychologicznie, przewidywalna, nie zaskakuje i aż krzyczy o zwrot akcji; o to, żeby twórcy jednak o coś chodziło. Widz ani się nie przestraszy, ani nie wczuje w los czy to głównej bohaterki, czy porywacza, czy podglądanych przez nią bliskich, ani nie zacznie nerwowo wiercić się na fotelu (w zamierzeniu ma być to thiller). 

Ma natomiast poczucie, że wspomniane w opisie produkcji „wielkie odkrycie naukowe” znalazło się w filmie zupełnie przypadkowo i równie dobrze mogłoby zniknąć ze scenariusza, że owo podglądanie przez wizjer (absurdalne umieszczenie porwanej kobiety w sąsiadującym z jej mieszkaniem pokoju, którego nie ma w planach budynku) jest sztuką dla sztuki opartą na mizernych pobudkach: byle film był „bardziej wartościowy”. A nie jest. Tak samo jak skomplikowaną, wbrew temu, co czytamy w opisie, nie jest relacja porwanej z porywaczem. Co najwyżej - groteskowa.

Bohaterka (Julia Kijowska), mierząca się z ekstremalną sytuacją nieoczekiwanego, całkowitego odcięcia od świata, nie tylko podgląda, ale również podsłuchuje, co dzieje się za wizjerem. I – co jest do przewidzenia – dowiaduje się wielu nieciekawych rzeczy, mających ją doprowadzić do rozwikłania zagadki, dla której została uprowadzona. Postaci zajmuje to przeszło 90 minut, widz domyśla się znacznie wcześniej.

Porywacz (Piotr Adamczyk) w filmie jest postacią udowadniającą, jak dalece można zaplątać się w chęci wprowadzenia głębi tam, gdzie jej nie ma. Jak można stworzyć mało wiarygodne, mocno naciągane pobudki działań, na których opierać ma się cała fabuła (porwanie i więzienie głównej bohaterki).

Jedyne co w „Fisheye” wygrywa, to sama gra aktorska Julii Kijowskiej, która została zresztą doceniona podczas tegorocznego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Kijowska zdobyła nagrodę - Jantar 2020 za główną rolę kobiecą. 

Choć „Fisheye” otrzymał zaproszenia na kolejne festiwale i weźmie udział w Annual Whitaker St. Louis International Film Festival w USA oraz w festiwalu kina niezależnego Revelation Perth w Australii, osobiście zdecydowanie nie polecam. Nawet tym, którzy lubują się we wszelkiego rodzaju psychodelicznych tworach. 

Najcelniejszą recenzję zdał na bieżąco podczas pokazu produkcji dla mediów jeden z dziennikarzy, który na tym filmie… zasnął. Więcej: chrapał!