"Punk jako postawa jest kwestią wyboru osobistego. To nie styl czy wygląd, to sposób myślenia"

- mówił Paweł "Kelner" Rozwadowski, który współtworzył scenę punkową w Polsce i był współzałożycielem Izraela, najpopularniejszego krajowego zespołu reggae. Już jako nastolatek powołał do życia w 1978 roku zespół Fornit, który zasłynął piosenką „Lepsza kiła od IŁ-a”, za co grupa dostała ogólnopolski zakaz występów, a wkrótce potem zakończyła działalność. Kelner wkrótce stworzył zespół Deuter, na którego debiutanckiej płycie „1987” znalazły się takie utwory, jak "Piosenka o mojej generacji", "Totalna destrukcja" czy "Nie ma ciszy w bloku". W 1983 roku Kelner z Robertem Brylewskim powołali do życia legendarną już grupę Izrael, z która nagrał kultowy już album "Biada, biada, biada", ze słynnym utworem "Rastaman nie kłamie".

"To był człowiek, który nie pchał się na pierwszy plan wydarzeń, ale pozostawał dla całego środowiska szalenie ważny"

- mówił Rafał Księżyk, autor niedawno opublikowanej książki "Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993". "Kelner był w pierwszej grupie, czyli jak wtedy mówiono, załodze warszawskiego punk-rocka, z której wyszły też takie postacie, jak Robert Brylewski czy Kazik Staszewski. Obok tej dwójki Kelner należał też do wąskiego grona ludzi z tego kręgu, którzy przy muzyce pozostali przez całe życie" - mówił Księżyk, pisarz i dziennikarz, autor wielu książek o historii polskiej muzyki.

Zapomina się, jak wielki wkład miał Kelner w działalność Roberta Brylewskiego. Od początku lat 80. tworzyli oni twórczy duet, który działał w wielu wymiarach. Stworzyli dwie płyty, obie ważne nie tylko dla polskiej muzyki, ale dla całej polskiej kultury. Obie puentują ważne zwroty w historii Polski, etapy przemian społecznych i duchowych. Pierwsza z tych płyt, która powstała w stanie wojennym, to "Biada, biada, biada" Izraela, trochę naiwna, idealistyczna, ale wciąż promieniująca taką czystą, szlachetną energią. To płyta, którą Brylewski i Kelner skomponowali we dwójkę w całości. Druga ważna płyta w ich dorobku, bardziej zwariowana, która w moim odczuciu jest takim najlepszym muzycznym opisem tego, co działo się we Polsce w czasach transformacji ustrojowej to "Techno Terror" wydany pod szyldem Max & Kelner

- wspominał autor "Dzikiej rzeczy".

Księżyk przypomniał, że i pomiędzy tymi płytami spółka Maxa i Kelnera robiła wiele kreatywnych rzeczy - różnego rodzaju filmy czy też wydawnictwa zinowe.

W obu tych wymiarach wykorzystywali propagandę oficjalnych mediów, twórczo ją przekształcając - na przykład robiąc kolaże z fotografii wyciętych z licznych wtedy na rynku czasopism o tematyce wojskowej. Tak powstał na przykład zin "Siły", który autorzy osobiście zanieśli na Mysią, aby poddać go procesowi cenzury, wprawiając w konfuzję miejscowych urzędników. To były działania, które na polskiej scenie undergroundowej były jedną z pierwszych prób przekroczenia świata muzyki w stronę performance’u, działania. Przechwycenie ówczesnej propagandy odbywało się również w wymiarze dźwiękowym - oni mieli projekt nazwany T-30 od radzieckiego czołgu, robili dźwiękowe kolaże z fragmentów audycji telewizyjnych. Pracowali nad tym w klubie Hybrydy, ówczesnej bazie dla całej reggowo-punkowej warszawskiej sceny i mając do dyspozycji trzy magnetofony kasetowe i efekt echa robili rzeczy, które można by nazwać chałupniczym wyprzedzeniem technik samplingowych, które pod koniec lat 80. zaczęły na scenie muzycznej dominować i dyktować nową, kolażową estetykę. Oni to robili skromnymi środkami dużo wcześniej niż inni

 - mówił Księżyk.

Kelner uważał się raczej za tekściarza niż muzyka.

Potrafił się odnaleźć w wielu wymiarach - w typowych punkowych wściekłych protest songach, które tworzył w latach 80., wśród których są śmiałe teksty antysystemowe, jak piosenka "Młodym hipokrytom, młodym komunistom", tworzył też niezwykłe teksty dla Izraela - zespołu reagge - adaptując metaforykę i język biblijny. Nurt biblijny za sprawą muzyki reagge przeniknął także do brytyjskiego punk-rocka, ale ten klimat w kontekście stanu wojennego nabierał zupełnie nowych znaczeń. Kelner był też autorem sztuki teatralnej, którą napisał dla Akademii Ruchu i fantastycznej książki wspomnieniowej z tych najwcześniejszych lat 80. "To zupełnie nieprawdopodobne". To rzadki w polskiej literaturze przykład pisania w stylu beatników, dynamicznie, obrazowo przedstawiona historia z końca lat 80. o chłopaku, dorastającym w PRL-owskim bloku, który porwany zewem wolności wkręca się w punk rocka, a potem w reagge

- powiedział Księżyk.

W jego odczuciu dorobek Kelnera to jednak dużo więcej niż teksty piosenek czy książka.

On był typem muzycznego lidera, spoiwem, centrum przyciągającym ludzi, potrafił dobrać skład, wykreować nowy repertuar, był duszą przedsięwzięcia. Był też takim agentem informacji, który przeniósł na polski grunt nowoczesne myślenie o czarnej muzyce. W latach 80. czarna muzyka, nowoczesna nie pojawiała się raczej w polskim radio - jeśli już to jakieś gwiazdy soul, ale nie hip-hop ani acid house, nowe miejskie czarne bity. A Kelner ogarniał i propagował te rzeczy, poczynając od reagge przez funk, na hip-hopie i acid housie skończywszy. To Kelner w Deuterem w 1987 roku nagrał "Nie ma ciszy w bloku" - pierwszy polski rap. Znaczenie Kelnera dla polskiej kultury wykracza daleko poza krąg zespołów z Hybryd, on przecierał ścieżki także jako didżej, który od 1986 roku prowadził cykliczną imprezę Rap Club. Wtedy didżeje grali z kaset, bo nie było innej możliwości, ale to nie psuło dobrej zabawy

- przypomniał Księżyk.

Po transformacji ustrojowej niemal cała generacja muzycznych buntowników lat 80. nie do końca się odnalazła. "Ale Kelner w nowym wieku wykazywał spore przyspieszenie, reaktywował Izrael i Deutera, miał pomysł na nowy zespół. Dużo zostawił po sobie, a rozpędzał się jeszcze do jakiegoś nowego etapu, który już niestety się nie wydarzy" - dodał Księżyk.

Paweł "Kelner" Rozwadowski zmarł 11 października w wieku 58 lat. W czwartek zostanie pochowany na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.