Bożena Janicka, krytyk filmowy, była na premierze, nie pamięta już w którym kinie – chyba Atlantic… Zapamiętała konsternację, jaka zapanowała po pierwszej projekcji.

„Nawet Bolesław Michałek, redaktor naczelny tygodnika Film, w którym niedawno zaczęłam pracę, miał poważne wątpliwości, o co się w tym filmie rozchodzi?”

– powiedziała Janicka.

Michałek należał jednak do ludzi, którzy mając wątpliwości, są ciekawi zdania innych. Janicka w opublikowanej w Filmie recenzji „Tylko dla dorosłych” napisała:

„Tego, co stanowi o wartości Rejsu, nie można chyba nazwać li tylko zmysłem obserwacyjnym, umiejętnością podpatrywania życia. Autorom udało się coś więcej; dokonali wymuszenia na rzeczywistości. Zmusili absurd, żeby objawił się w całej okazałości, sprowokowali bzdurę, żeby ujawniła się w postaci czystej, niejako niezależnej od ludzi! Chociaż tkwi w nich właśnie. Autor Ferdydurke nazywał tego rodzaju działanie przyprawianiem gęby; w Rejsie oglądamy prawdziwą paradę przyprawianych gąb. Każda inna, a któraś z nich jest nasza. Ten film, wykrzywiający się do nas naszymi własnymi grymasami, jest lustrem bardzo niebezpiecznym; dlatego mamy ochotę je stłuc”.

Wobec powszechnej konsternacji Andrzej Wajda napisał list otwarty o swoich wrażeniach z kina.

„Natychmiastowe porozumienie, zawarte na moich oczach pomiędzy twórcami Rejsu a widownią, jest tym bardziej pouczające, że ani mnie, ani wielu wytrawnym realizatorom polskich komedii filmowych, nie udało się nawiązać tak bliskiego kontaktu z publicznością; na pokazach naszych filmów nie słyszało się tego śmiechu i tych oklasków. Okazało się, że to, co początkowo wziąłem za grę prowadzoną w zamkniętym gronie wtajemniczonych, zgodne jest z powszechnym doświadczeniem, że odpowiada temu, co określa się mianem zamówienia społecznego; wreszcie, że twórcy tego filmu posiedli ową wiedzę, z czego chce się śmiać współczesna publiczność”.

„Zastosowałem w Rejsie metodę prowokowania swoistego ekshibicjonizmu psychicznego, stąd konieczność improwizacji podczas zdjęć, konieczność sytuacji i zachowań naturalnych, dialogów powstających na żywo przed kamerą. (…) Taki materiał ma w moim odczuciu określoną wartość: stanowi najbardziej autentyczny dokument stanu współczesnych umysłów"

– wyjaśnił Piwowski w tygodniku „Film” rok po premierze.

Co było potem wiadomo… Film, który wypłynął w dwóch kopiach wyłącznie na ekrany kin studyjnych jako przeznaczony do wąskiego rozpowszechniania, stał się dziełem kultowym. Cytaty zeń stały się niemal przysłowiami: „Nie słyszałem piosenki, więc się wypowiem”, „Przejdźmy od słów do czynów. Chciałem powiedzieć kilka słów”, „Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy”, „Szczególnie nie chodzę na filmy polskie”. Opowieści o niezwykłych „okolicznościach” realizacji filmu przeradzały się w legendy. Z biegiem czasu coraz chętniej krytycy dostrzegali swoistą kontynuację „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza. 

„Rejs” był filmowym debiutem Jana Himilsbacha, którego twarzy wtedy jeszcze raczej nikt nie znał. „Był takim naturszczykiem jak i my. Raczej go się ludzie bali, wyglądał bowiem jak zwykły lump – ciągle ta sama flanelowa koszula i brak zębów, poza dwoma kłami, tworzył obraz odstraszający. Zwłaszcza, że gdy trochę wypił, stawał się agresywny i straszył ludzi tymi swoimi kłami” –wspominał w rozmowie z „Ziemią Sochaczewską” inny biorący udział w realizacji filmu naturszczyk Franciszek Niewiadomski.

„Rejs” nie był jednak żeglarskim debiutem Himilsbacha, który przez kilka lat od 1951 roku pracował jako palacz na pływających po Wiśle parowcach. Doświadczenia z tej pracy znalazły odbicie w jego opowiadaniach opublikowanych w zbiorze „Monidło”. Niewykluczone, że Rejs” nie był jednak żeglarskim debiutem Himilsbacha, który przez kilka lat od 1951 roku pracował jako palacz na pływających po Wiśle parowcach. Doświadczenia z tej pracy znalazły odbicie w jego opowiadaniach opublikowanych w zbiorze „Monidło”. Niewykluczone, że zdarzyło mu się wcześniej pływać pod pokładem parowca „F.Dzierżyński” na którego pokładzie w 1969 r. kręcono „Rejs”.

Historia tego statku – zwodowanego niespełna rok po Bitwie Warszawskiej pod nazwą „Polska” - może być kolejną symboliczną przypowieścią związaną z „Rejsem”.

„W dniu 14 lipca 1921 r., odbyło się uroczyste poświęcenie parostatku pasażerskiego Polska, wybudowanego przez Warszawskie Towarzystwo Transportu i Żeglugi, S.A., we własnych warsztatach w Warszawie, przy ul. Solec Nr. 8, podług planów i pod kierunkiem inżyniera E. Fajansa. W uroczystości wzięli udział: P. Naczelnik Państwa, Minister pełnomocny Francji p. Panafieu, przedstawiciele Sejmu, Rządu, instytucyj przemysłowych, finansowych, prasy i wiele wybitnych osobistości. Aktu poświęcenia dopełnił J. F. ks kardynał Kakowski. Po przemówieniach St. ks. Lubomirskiego i p. L. Splessa, wyruszono z gośćmi na przejażdżkę po Wiśle. Statek Polska" o sile 165 H. P, długości 62 metr., Szer., wraz z kołami 11,20 metr, zanurza się 0.49 metr. Daje to możność uruchomienia go na całej przestrzeni Wisły, nawet przy niskim stanie wody. Polska posiada 3 kondygnacje: dolną z kajutami na 2 i 4 osoby przeznaczona do spania, górną o 2 salach jadalnych i wreszcie pomost najwyższy - spacerowy. Polska pomieścić może podczas dziennych przejażdżek do 600 osób; (dla 150 są miejsca sypialne). Kajuty z łóżkami dają możliwość wypoczynku podczas dłuższych podróży. Dwa z komfortem urządzone salony restauracyjne na górnym pokładzie, oszklone, zadawalniają najwybredniejszych pasażerów”

– informowała prasa latem 1921 roku.

Jak widać z opisu „Polska” była statkiem eleganckim, reprezentacyjnym, salonowym. „Nazwa statku była w pewnym stopniu symboliczna. Wraz z bliźniaczą (ale wykończoną nieco później) Francją był pierwszym rzecznym statkiem pasażerskim zbudowanym w niepodległej Polsce. W 1931 roku statek sprzedano Eljaszowi Leszczyńskiemu, który zmienił jego nazwę na Halka. Od 1933 roku jednostkę dzierżawiła spółka Polska Żegluga Rzeczna Vistula, która była bardzo ważna w historii międzywojennej żeglugi śródlądowej. Powstała w 1927 roku z połączenia konkurujących dotąd ze sobą zawzięcie mniejszych i większych armatorów wiślanych, stając się potentatem na rynku pasażerskich przewozów śródlądowych. A było o co się bić! W 1935 roku statkami śródlądowymi w Polsce przewieziono około 713 tys. ton towarów i 991 tys. pasażerów. Przy rzadkiej sieci dróg lądowych i kolejowych, których układ został w dużej mierze wypaczony w okresie zaborów, statki i żegluga rzeczna pełniły ważną rolę komunikacyjną” – napisała Jadwiga Klim, kustosz w Dziale Historii Żeglugi Śródlądowej Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku.

Jak ustalił Waldemar Danielewicz, autor książek o polskiej flocie, w 1937 r. „Halkę” (ex. „Polskę”) przejął Bank Gospodarstwa Krajowego za niezwróconą pożyczkę. Podczas Powstania Warszawskiego Niemcy zatopili statek na wysokości warszawskiej Cytadeli. Wydobyty w 1947 r. został „całkowicie przebudowany , tak, że z dawnego statku pozostał tylko w niezmienionej formie kadłub statku” – napisał Danielewicz. Zyskał ponadto imię Feliksa Dzierżyńskiego.

Po przebudowie miał bufet, kabiny sypialne dla 120 osób. W przejażdżkach dziennych zabierał 340 pasażerów. Pływał na trasie Warszawa-Gdańsk. W 1960 r. przeszedł remont kapitalny połączony z wymian kotła w Stoczni Gdańskiej. W 1971 r. został wycofany z eksploatacji. Przez krótki czas służył Warszawskiemu Towarzystwu Wioślarskiemu jako przystań. W 1975 zatonął „na skutek braku jakiegokolwiek zabezpieczenia przed zimą w porcie na Żeraniu w Warszawie”. Złomowany został już w wolnej Polsce w 1994 roku, z jednej strony praktycznie uniemożliwiając kontynuację „Rejsu”, z drugiej zaś – symbolicznie dopełniając jego przesłanie.