Kilka dni temu Robinho podpisał z macierzystym klubem pięciomiesięczny kontrakt za symboliczną pensję w wysokości 1500 reali, czyli niewiele ponad 1000 złotych. To był jego kolejny powrót do Santos FC - ekipy, w której kiedyś grali m.in. Pele oraz Neymar.

Umowa Santos FC ze swego czasu wielką nadzieją brazylijskiego futbolu mocno podzieliła sympatyków tej drużyny, ale także sponsorów. Chodzi o problemy z prawem Robinho. W mediach przypomniano, że w 2017 roku ten zawodnik został skazany zaocznie na dziewięć lat więzienia przez włoski sąd za udział w zbiorowym gwałcie na kobiecie albańskiego pochodzenia. Tego przestępstwa miał dokonać w 2013 roku w Mediolanie, za czasów gry w AC Milan. Brazylijczyk odwołał się, twierdząc, że jest niewinny.

Kiedy wyszło na jaw, że Robinho znów ma grać w Santosie, główny sponsor klubu – firma z branży medycznej – poinformował, że kończy z finansowaniem, tłumacząc wycofaniu ze sponsoringu „szacunkiem dla swoich klientek”. Inni sponsorzy też grozili odejściem.

W tej sytuacji Santos FC i Robinho zdecydowali się zawiesić obowiązujący kontrakt, aby piłkarz mógł skoncentrować się na swojej obronie w toczącym się procesie we Włoszech (sprawa ma wrócić na wokandę w grudniu). „Jeśli w jakikolwiek sposób mógłbym zaszkodzić klubowi, to lepiej, abym w tym momencie skoncentrował się tylko na swoich osobistych sprawach. Chciałbym udowodnić niewinność” – stwierdził 36-letni zawodnik.

Klub z kolei dodał także, że Robinho nie został prawomocnie skazany, więc nie można uniemożliwiać mu wykonywanie zawodu.

Robinho z Santosu wyjechał w 2005 roku do Europy, gdzie grał w takich drużynach, jak Real Madryt, Manchester City czy AC Milan. Ale wracał do Santosu na wypożyczenia. Ostatnio grał w lidze tureckiej. Strzelił cztery bramki w 32 meczach dla Istanbul Basaksehir.

W reprezentacji Brazylii od 2003 roku Robinho rozegrał 100 spotkań, w których zdobył 28 goli. Z „Canarinhos” triumfował w Copa America w 2007 roku oraz dwa razy w Pucharze Konfederacji - w 2005 i 2009.