Tak naprawdę to pusty śmiech człowieka ogarnia, jak się chwilę zastanowi nad tym, co wyprawiają ci wszyscy faceci, którzy potrafią w mediach społecznościowych pozować z bronią na strzelnicy, obnosić się ze swoją męskością, albo twardymi poglądami, a potem dostają histerii, bo nagle ktoś im, uwaga, potworne, kazał (!) nosić maseczkę.

Straszne! O matko! Jakimże to uciskiem, jakim to uderzeniem w godność, w wolność i prawa obywatelskie jest… chirurgiczna maseczka! Albo szaliczek!

Może boli ta fizelinka? Może tak dusi, że tchu nie da się złapać? Ucho boli od gumeczki? Maseczka się zaczepia o wąsik?

W tej całej, histerycznej paranoi, w tym jęczeniu i robieniu „z igły widły” (bo jak się naprawdę zastanowić nad tym, to kwestia założenia maseczki, albo nie, jest po prostu tak niewielkim obciążeniem z punktu widzenia życiowego, że aż wstyd to tłumaczyć), jest jeszcze jeden, ważny element.

Ten nakaz, te przepisy, są wprowadzone po to, by chronić nie silnych, nie tych z karabinem w garści, tylko tych słabych. Na tym polega cały, również banalnie prosty „myk”. To w imieniu tych słabych, narażonych na ciężkie przejście COVID-19, jest ten cały ambaras. Sens rozumiem tak, jakby do mnie mówiono: „hej, nie myśl o sobie, zacznij myśleć o innych”, „posłuchaj, nawet jeśli sam w to nie wierzysz, nawet jeśli uważasz, że dla ciebie to nie ma znaczenia, to zrób to dla kogoś innego, po prostu załóż, że, nawet hipotetycznie, może być tak, że jednak, nieświadomie, bez tej maski, kogoś zarazisz”. Innymi słowy chodzi o altruizm. W świecie idealnym takie altruistyczne zachowanie, jak zakładanie maseczki, byłoby pewnie powszechne. Niestety, żyjemy w świecie realnym. Czasem takie zachowania, jak zasłanianie ust i nosa maską trzeba wymusić przepisem. Po to by chronić słabych, zagrożonych ludzi. Sam noszę maskę z dwóch powodów: dla siebie i dla innych.