Eryk Łażewski: Wczoraj obchodziliśmy Dzień Edukacji Narodowej, potocznie zwany Dniem Nauczyciela. To święto prowokuje do zadania następującego pytania: jak obecnie wygląda stan polskiej edukacji?

Prof. Aleksander Nalaskowski: Tak, jak całego państwa. Jak wielu instytucji społecznych. Nie ma powodu, żeby stan edukacji narodowej był inny, niż stan świadomości społecznej czy polityki.

Polska edukacja zasługuje na reformę. Ostatnią, jaka by ją czekała. To znaczy, na taką reformę, która by w ciągu paru lat spowodowała poprawę funkcjonowania polskiej szkoły. Ta szkoła w tej chwili - w zasadzie - nie funkcjonuje. To znaczy: jest zamrożona w działaniu przez pandemię. Ale to nieuctwo do nas wróci!

Jest Dzień Edukacji Narodowej, a ja jestem absolutnie przerażony faktem, że ten dzień jest dniem wolnym. Przy tylu dniach bez nauki jeszcze w zeszłym roku szkolnym! W zasadzie, obecnie szkoła jest bezczynna jako instytucja: gdzieś dzieci chodzą, gdzieś są uczone zdalnie. A jeszcze niektórzy dyrektorzy dokładają tak zwane „dni dyrektorskie”, dzięki czemu piątek jest wolny. I wtedy robi się „długi weekend”. Ustanowienie więc dnia wolnego z powodu dzisiejszego święta w sytuacji gdy trzeba łapać każdy dzień normalnej nauki jest po prostu nieprzyzwoite. Mało było tych całych, półrocznych wakacji?!

Rozumiem, że stan państwa polskiego, a więc i stan polskiej edukacji, ocenia pan negatywnie?

Nie oceniam w ogóle, bo to jest edukacja, która nie ma chyba żadnego kształtu. Edukacja będąca wynikiem „łatania drogi”. Zamiast swego czasu położyć równy, szeroki, gładki asfalt, to kolejni ministrowie po prostu łatali dziury w tej drodze. I dlatego polska szkoła jest eklektyczna: resztki szkoły stalinowskiej, szkoła postmodernistyczna, szkoła wolnomyślicielska. Jest to więc szkoła, która tak naprawdę nie ma oblicza. Więc trudno ją oceniać, czy dobrze działa, czy źle, bo nie ma czego oceniać. Jest to bardzo nierówna edukacja. Są i znakomite licea, i cały legion szkół zupełnie marnych, nie nadających się do dalszego utrzymywania.

Poza tym, w tej chwili szkoła jest w sytuacji, w której nie może normalnie nauczać. I wydaje się być z tego bardzo zadowolona. Przypominam: mieliśmy strajki, czyli nie było nauczania; cały rocznik został okaleczony, jeżeli chodzi o przekaz wiedzy. Potem, mieliśmy wiosenne „zamrożenie”, kiedy to szkoły nie działały. A obecnie kwestia wprowadzenia zdalnego nauczania, jako obowiązku dla wszystkich szkół, to jest tylko kwestia czasu.
A ja widziałem taką zdalną lekcję historii polegającą na tym, że przez dwadzieścia minut nauczyciel dyktował notatkę maturzystom (!). I to było wszystko. Albo, jak mają się odbywać zdalne lekcje na podlaskiej wsi, gdzie (przynajmniej w tej części, którą znam) zasięg Internetu jest tak marny, że nie da się w ogóle niczego zdalnie zrobić. Nie da się nawet wysłać prostego mejla. A co dopiero jakiś streaming, wykład czy lekcja on-line? Tam jest to zupełnie nieosiągalne. Stan polskiej szkoły jest więc taki, jak go opisałem! Żaden.

A co w tej sytuacji powinien zrobić nowy minister Przemysław Czarnek? Jakie reformy wprowadzić?

Nie wiem. Jest tyle roboty! On nie jest w stanie zrobić wszystkiego. Reformowanie szkoły to nie jest działanie na rok czy dwa. To jest działanie na dziesięć – piętnaście lat. Jeżeli teraz zaczniemy sensownie szkołę pomału zmieniać, poczynając oczywiście od sposobu kształcenia nauczycieli, to może za piętnaście lat będziemy mieli tego pozytywne rezultaty. Jakiekolwiek doraźne reformy tutaj się nie sprawdzą.

Więc wiem, czego raczej minister Czarnek powinien nie robić: nie powinien podejmować żadnych doraźnych rozwiązań. Jeżeli już, to rozwiązania długofalowe.

Jakieś przykłady tych długofalowych rozwiązań?

Wymienienie wszystkich równałoby się napisaniu opasłej księgi. Ale można by się nasamprzód zastanowić nad przygotowaniem do zawodu nauczycielskiego, taką formacją nauczyciela i selekcji do zawodu. Nie może być tak, że każdy kto na drodze studiów zdobył formalne kwalifikacje jest automatycznie zatrudniony w szkole. Wprowadziłbym egzamin państwowy. Z mojego oglądu wychodzi, że nie więcej jak 30% kończących studia nadaje się do tego fachu. Rzetelnej selekcji do zawodu powinny towarzyszyć systematyczne podwyżki płac. Na początek 30%, a docelowo 130%. Dyrektorów na kadencję 8-letnią w szkołach podstawowych i 4-letnią w szkołach średnich winien mianować kurator. Obowiązywałyby maksimum 2 kadencje. Uporządkowałbym też rynek handlu dyplomami nauczycielskimi czyli kwestię tzw. niepublicznych uczelni. Trzeba by wrócić do minimum kadrowego. Do kształcenia magistrów należałoby wymagać zatrudnienia minimum 4 doktorów, 4 doktorów habilitowanych i jednej osoby z tytułem profesorskim w danym zakresie. To co się teraz dzieje, to gangsterka. Zwłaszcza na tzw. studiach podyplomowych nadających uprawnienia nauczycielskie. To jedna „firma krzak” na drugiej. Zgroza! 

A jak pan ocenia połączenie resortów oświaty i szkolnictwa wyższego w jedno duże ministerstwo?

Dobrze oceniam. Myślę zresztą, że jest to rodzaj przejściowego połączenia, do czasu uspójnienia tych dwóch ścieżek edukacyjnych. Takie uspójnienie jest potrzebne choćby dlatego, że widzimy kandydatów na studia prezentujących z roku na rok coraz niższy poziom. Zarówno, jeżeli chodzi o oczytanie, jak i o wiedzę ogólną, w którą powinna wyposażać szkoła. Poziom jest niekiedy żenujący. Minister powinien dbać o poziom absolwentów szkół także w kontekście ich intelektualnej kondycji jako przyszłych studentów. Do teraz, takiej dbałości kompletnie nie było. Jest więc na to szansa. Ale czas pokaże czy był to słuszny wybór. Jakkolwiek larum podniesione przez opozycję z powodu nominacji prof. Przemysława Czarnka było spektaklem żałosnym i groźno-śmiesznym.