W NBA zwykło się mawiać, że mistrzostwo zdobywa się defensywą. To właśnie rewelacyjna gra w obronie miała olbrzymie znacznie w niedzielnej wygranej Lakers. Końcowy wynik nie oddaje ogromu przewagi, jaką "Jeziorowcy" mieli w tym spotkaniu. Podopieczni trenera Franka Vogela nawet przez moment w nim nie przegrywali.

Po pierwszej połowie prowadzili 64:36 - to drugie najwyższe prowadzenie do przerwy w historii finałów. W pierwszym meczu decydującej rywalizacji w 1985 roku Boston Celtics mieli na tym etapie o 30 punktów więcej od Lakers. W trzeciej kwarcie koszykarze z "Miasta Aniołów" zwiększyli przewagę do 36 punktów. Ambitnie grających Heat w ostatniej części gry stać było jedynie na zmniejszenie rozmiarów porażki.

LeBron James poprowadził Los Angeles Lakers do mistrzowskiego tytułu

Do wygranej Lakers poprowadził LeBron James, który zanotował triple-double. Złożyło się na nie 28 punktów, 14 zbiórek i 10 asyst. 35-letni skrzydłowy po raz czwarty w karierze został najbardziej wartościowym koszykarzem (MVP) finałów; poprzednio w 2012 i 2013 roku, gdy bronił barw Miami Heat, oraz w 2016 jako zawodnik Cleveland Cavaliers.

Przyszedłem do tego klubu, aby walczyć o mistrzostwo

- podkreślił James, który wzmocnił Lakers przed sezonem 2018/19. Z powodu jego problemów zdrowotnych pierwszy rok gry w Los Angeles nie był jednak udany.

Tytuł MVP finałów przyznawany jest od 1969 roku. Jedynym, który ma ich więcej od Jamesa jest Michael Jordan; sięgnął po niego sześciokrotnie. James jest za to pierwszym koszykarzem, który zdobył tę nagrodę jako zawodnik trzech różnych klubów.

Drużynie z Miami od początku nie dawano w finale większych szans, a i tak zdołała sprawić Lakers trochę kłopotów. Sam jej awans do niego był sporą niespodzianką. Po drodze wyeliminowała bowiem najlepszy zespół sezonu zasadniczego - Milwaukee Bucks.

Pięć poprzednich tytułów Lakers zdobyli mając w składzie Kobe'ego Bryanta. Były gwiazdor w styczniu zginął w katastrofie helikoptera, a zdobycie mistrzostwa stało się dla Lakers najlepszym sposobem na jego upamiętnienie.

Cały czas czuliśmy, że Kobe jest z nami

- przyznał Vogel.