Dorota Kania o Iwulskim: Stronniczy sędzia. "Wciąż walczy o esbeckie emerytury"

Sędzia Józef Iwulski powinien wyłączyć się z orzekania w sprawie ustawy dezubekizacyjnej. Powód? Praca jego żony, czyli najbliższego członka rodziny, w Służbie Bezpieczeństwa - pisze Dorota Kania.

Sędzia Józef Iwulski
Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

To, że sędzia Józef Iwulski orzekał w sprawie ustawy dotyczącej emerytur byłych funkcjonariuszy komunistycznego wywiadu, jest nie tylko jednym ze skandali związanych z Sądem Najwyższym. Ta sprawa kładzie się także cieniem na tym orzeczeniu – w sądzie niższej instancji, ze względu na stronniczość sędziego orzekającego, zapewne wróciłaby do ponownego rozstrzygnięcia.

Obecny na posiedzeniu Sądu Najwyższego prokurator Bartłomiej Szyprowski z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga delegowany do Prokuratury Krajowej wystąpił o wyłączenie sędziego Józefa Iwulskiego ze składu orzekającego w sprawie ustawy dezubekizacyjnej. Prokurator jako powód wyłączenia sędziego Iwulskiego podał, że był on funkcjonariuszem Wojskowej Służby Wewnętrznej w latach 70. i z tego powodu budzi wątpliwości jego bezstronność w sprawie emerytur byłych funkcjonariuszy PRL. Sędzia Iwulski stwierdził, że „służbę w WSW pełnił w ramach powszechnego obowiązku obronnego po studiach prawniczych i nie zalicza się ona do działalności totalitarnego państwa, o którym mówi ustawa dezubekizacyjna”.

Skandaliczne orzeczenie

16 września Izba Pracy Sądu Najwyższego pod przewodnictwem Iwulskiego w uchwale dotyczącej emerytur byłych funkcjonariuszy służb PRL orzekła, że kryterium służby na rzecz totalitarnego państwa „powinno być oceniane na podstawie wszystkich okoliczności sprawy, w tym także na podstawie indywidualnych czynów i ich weryfikacji pod kątem naruszenia podstawowych praw i wolności człowieka”.

Do tego orzeczenia odniósł się Antoni Macierewicz, Marszałek senior Sejmu RP.

– Jest rzeczą niedopuszczalną, by przywracać tym ludziom przywileje emerytalne, nadane im przez komunistów. Ci ludzie za to, że mordowali, dręczyli i katowali, przesłuchiwali, rewidowali i represjonowali cały naród, byli przez sowieckich mocodawców szczególnie wynagradzani, nie tylko w pensjach, lecz także w specjalnych przywilejach, w tym ponadmiarowych, niezwykle dochodowych emeryturach

– podkreślił Marszałek senior, dodając, że „Sąd Najwyższy postanowił przywrócić im te uprzywilejowane emerytury”. – To jest skandal. Na to, mam nadzieję, polskie państwo nigdy nie wyrazi zgody – podsumował. 

W kontekście wydanej uchwały powraca pytanie o stronniczość sędziego Iwulskiego. Nie tylko ze względu na jego ścieżkę zawodową, lecz także na karierę jego żony. 

Żona z SB

Informacje na temat służby w SB Anny Iwulskiej – żony sędziego Iwulskiego – dwa lata temu ujawnił portal niezależna.pl. W latach 70. ubiegłego stulecia pełniła ona ważne funkcje w Służbie Bezpieczeństwa. 

Z katalogu funkcjonariuszy stworzonym przez Instytut Pamięci Narodowej wynika, że Anna Iwulska trafiła do komunistycznych służb specjalnych – krakowskiej SB – 1 stycznia 1971 roku. Konkretnie do wydziału T – sekcji fotografii – jako oficer techniki operacyjnej. Pracę rozpoczęła zaledwie dwa tygodnie po masakrze na Wybrzeżu, podczas której wojsko i milicja strzelały do robotników.

Podczas służby w SB Anna Iwulska zajmowała się inwigilacją „wrogów”, czyli opozycji. W 1975 roku, cztery lata po przyjęciu w szeregi milicji i SB, Anna Iwulska została oddelegowana służbowo do Szwecji na sześć miesięcy w celu doskonalenia znajomości języka szwedzkiego.

Po powrocie nadal zajmowała się inwigilacją członków opozycji i zbieraniem na nich materiałów kompromitujących, co funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa umożliwiały m.in. obserwacja oraz podsłuchy telefoniczne. 

W 1982 roku trafiła do Wydziału Paszportów jako straszy referent techniki operacyjnej; w 1985 roku była pełniącym obowiązki kierownika Punktu Paszportowego w Krakowie-Podgórzu, a rok później ponownie pracowała w wydziale „W” jako straszy referent techniki operacyjnej. Według nieoficjalnych informacji Anna Iwulska odeszła z SB w 1986 roku w niejasnych okolicznościach. 

Sędzia stanu wojennego z PZPR

Józef Iwulski, żołnierz Wojskowej Służby Wewnętrznej (komunistycznego kontrwywiadu wojskowego), obecnie prezes Sądu Najwyższego kierujący Izbą Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, zaczynał karierę w 1975 roku jako aplikant w Sądzie Okręgowym w Krakowie. 
Jak wynika z akt Instytutu Pamięci Narodowej, w stanie wojennym Józef Iwulski od 3 grudnia do 26 stycznia brał udział w wydaniu siedmiu wyroków na 16 opozycjonistów; trzech z nich zostało uniewinnionych, trzynastu – skazanych: dziewięciu na kary w zawieszeniu, a czterech na kary więzienia. 

Józef Iwulski był także członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która – co warto przypomnieć – uchwałą Sejmu została uznana za narzędzie zbrodniczego aparatu komunistycznego. Stało się to 18 czerwca 1998 roku – uchwała została przyjęta głosami parlamentarzystów Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności. W uchwale m.in. uznano PZPR „za organizację w najwyższym stopniu, do końca odpowiedzialną za trwanie i kształt systemu komunistycznego w Polsce, na którym ciąży wiele zbrodni i przestępstw”.

Uchwała mówi również o powojennej antykomunistycznej partyzantce oraz działaczach opozycyjnych, a także o roli Kościoła katolickiego „broniącego ludzkiej godności, stojącego na straży duchowej tożsamości”. „Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uczyni wszystko co możliwe, aby wynagrodzić krzywdy powstałe w czasie komunistycznych rządów. Uważamy to za moralny obowiązek i dług zaciągnięty wobec tych, którzy wolności nie doczekali” – czytamy też w uchwale, w której zapowiedziano „ukaranie wszystkich winnych komunistycznych zbrodni popełnionych w latach 1944–1989 na ziemiach polskich, w tym także zdrajców podejmujących decyzje podporządkowujące Polskę obcemu mocarstwu, działających przeciwko wolności, niepodległości i demokracji".

Uchwała nie miała żadnych konsekwencji, czego najlepszym przykładem są sędzia Józef Iwulski oraz jego żona z SB. „Sam fakt, że taka osoba zasiada w Sądzie Najwyższym, jest przykładem patologii wymiaru sprawiedliwości wolnej Polski. Pamiętamy, że w latach 70. jako oficer WSW działał w służbach wywiadu pracujących na rzecz Sowietów. Fotografował się wtedy w sowieckim mundurze” – mówił poseł PiS Janusz Kowalski, komentując zasiadanie sędziego Iwulskiego w składzie Sądu Najwyższego zajmującego się ustawą dezubekizacyjną. 

Obrona esbeków

Po wejściu w życie tzw. ustawy dezubekizacyjnej do obrony ludzi z komunistycznego aparatu represji ruszyli politycy opozycji oraz ich zwolennicy. W ubiegłym roku w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki w Toruniu odbyła się konferencja objęta patronatem wicemarszałka Senatu RP Michała Kamińskiego „Solidarni z Represjonowanymi”. Na sali obecni byli… funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej oraz politycy opozycji. Tak, owi „represjonowani” to właśnie byli funkcjonariusze komunistycznych służb!

– Zapewne słyszeliście, co ja i moi czcigodni koledzy, w tym Andrzej Rozenek, który ten bój toczy heroicznie od samego początku, mieliśmy państwu do powiedzenia w tej sprawie. Nie znajduję w sobie śmiałości, by mówić państwu rzeczy oczywiste, chciałbym się pokłonić państwu za waszą służbę dla Polski

– mówił Michał Kamiński, były polityk prawicy, a obecnie senator Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Patronat merytoryczny nad konferencją objęła Federacja Służb Mundurowych RP, która – mimo zapewnień działaczy o apolityczności – jest organizacją wpierającą opozycję.

Funkcjonariusze, którzy utracili przywileje, protestowali przed Sejmem i lobbowali także u polityków – lewica jeszcze przed wyborami obiecała, że będzie się tym tematem zajmować. Po wyborach dotrzymała słowa swojemu elektoratowi: 16 grudnia ubiegłego roku złożyła projekt przywracający dawne świadczenia byłym funkcjonariuszom służb mundurowych.

– Lewica w jasny sposób daje tym do zrozumienia, że jest następcą ideowym PRL-owskich, komunistycznych organów i instytucji. Na szczególne potępienie zasługuje wybór daty złożenia wniosku – 16 grudnia – przypadającej w trakcie obchodów 49. rocznicy grudniowej masakry na Wybrzeżu w roku 1970 i 38. rocznicy masakry w kopalni Wujek w 1981 roku. To jawna prowokacja i bezczeszczenie pamięci ofiar

– oświadczyły władze „Solidarności”. W trakcie masakry na Wybrzeżu od kul funkcjonariuszy komunistycznego państwa zginęły 44 osoby, a w kopalni Wujek – 9 osób.

Trzy tygodnie temu sprawą zajął się sędzia Iwulski, a jego orzeczenie nie zaskoczyło, co zresztą przewidzieli konserwatywni komentatorzy. 


Zbrodnicza organizacja

W lipcu 2017 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka nie dopuścił do rozpatrzenia skargi byłych funkcjonariuszy SB na polskie przepisy odbierające im wysokie emerytury (wśród 1628 skarżących była m.in. Lucyna Tuleya, matka sędziego Igora Tuleyi znanego z obrony sędziowskich przywilejów). Skarga dotyczyła uchwalonej za czasów rządów PO-PSL w 2009 roku tzw. ustawy dezubekizacyjnej, która obniżyła emerytury około 41 tys. funkcjonariuszy służb specjalnych PRL i 9 członkom Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. ETPC uznał, że system obniżający emerytury nie oznaczał „nadmiernych obciążeń dla skarżących, którzy nie doznali utraty środków do życia albo całkowitego pozbawienia świadczeń, a system ten był i tak bardziej korzystny niż inne systemy emerytalne. (…) Trybunał uznał też, że praca skarżących w Służbie Bezpieczeństwa, stworzonej po to, by naruszać podstawowe prawa człowieka chronione przez Europejską Konwencję, powinna być uważana za istotną okoliczność dla zdefiniowania i uzasadnienia kategorii osób, które mogą być objęte redukcją świadczeń emerytalnych”. Przywileje za służbę w PRL stracili także ci funkcjonariusze SB, którzy w 1990 roku zostali pozytywnie zweryfikowani i przyjęci do Urzędu Ochrony Państwa – na przykład szefowie UOP gen. Gromosław Czempiński i gen. Andrzej Kapkowski. Krytykowali to szefowie MSW po 1990 roku, m.in. Krzysztof Kozłowski i Andrzej Milczanowski.

Sprawiedliwość po latach

Tak zwana ustawa dezubekizacyjna obniżyła od 1 października 2017 roku emerytury i renty za okres „służby na rzecz totalitarnego państwa” od 22 lipca 1944 do 31 lipca 1990 roku, kiedy to powstał Urząd Ochrony Państwa, którego kadry niemal w całości stanowili funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Emerytury byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL nie mogą być wyższe od średniego świadczenia wypłacanego przez ZUS: emerytura – 2,1 tys. zł (brutto), renta – 1,5 tys., renta rodzinna – 1,7 tys. zł. Ustawa dotyczy funkcjonariuszy m.in. Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej, Służby Więziennej oraz ich rodzin. 
 

 


Źródło: niezalezna.pl, Gazeta Polska

Dorota Kania
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo