Przed meczem z Karabachem, choć kurtuazyjnie chwalono gości z Azerbejdżanu, to chyba nikt nie przypuszczał, ze Legia będzie w tak wielkich tarapatach. Prawda jest taka, że gdyby nie Artur Boruc, to warszawianie już w pierwszej połowie przegrywaliby przynajmniej różnicą trzech bramek. 40-letni bramkarz zamknął usta krytykom, którzy podważali sens jego sprowadzenia na Łazienkowską. Przez 30 minut mistrzowie Polski nie wiedzieli co się dzieje na boisku. Piłkarze Gurbana Gurbanowa od pierwszej minuty rzucili się graczom Legii do gardeł. Już po 120 sekundach Ghanijczyk Owusu niczym taran wpadł w pole karne gospodarzy i przyjezdni byli bliscy objęcia prowadzenia. Potem było już tylko gorzej. Na bramkę Legii strzelali Zoubir, znowu Owusu, Matić, Ozobić. Zawsze na ich drodze stawał niesamowity Boruc. O przewadze Karabachu niech świadczy fakt, że pierwszą groźna okazję do zdobycia bramki legioniści stworzyli dopiero po pół godzinie gry... Dobrego zagrania od Bartosza Kapustki nie wykorzystał jednak Valencia.

Trener stołecznej ekipy Czesław Michniewicz chciał zaskoczyć rywali ustawieniem i postawił na dwóch napastników – Tomasa Pekharta i Rafaela Lopesa. Cóż jednak z tego, skoro obaj praktycznie nie dostawali od pomocników piłek. Inne niespodzianki szkoleniowca gospodarzy, czyli posadzenie na ławce etatowych dotąd skrzydłowych - Pawła Wszołka oraz Luquinhasa okazały się totalnym niewypałem. Zdziwienie mógł również budzić fakt, że wśród rezerwowych znalazł się jeden z nielicznych kreatywnych piłkarzy Legii – Michał Karbownik.

W każdym razie, kiedy niemiecki sędzia Tobias Stieler odgwizdał koniec pierwszej połowy, to legioniści mogli odetchnąć z ulgą, że po stronie strat wciąż mają zero.

Po zmianie stron dominacja Azerów trwała. Z tą różnicą, że tym razem goście byli już zabójczo skuteczni. Dzieło zniszczenia gospodarzy rozpoczął w Patrick Andrade, który wykorzystał dobre podanie Owusu. Dwanaście minut później było już w zasadzie po meczu. Francuz Abdellach Zoubir zakręcił jak na karuzeli Josipem Junoviciem i przez nikogo nie niepokojony, spokojnie, między nogami Boruca posłał piłkę do bramki.

W 70. minucie warszawian dobił Filip Ozobić, który sfinalizował akcję Andrade. I znów stoperzy Legii tylko przyglądali się, co z futbolówką w polu karnym robi Chorwat. 0:3. Wstyd? A może realny obraz polskiej klubowej piłki i dystans, jaki ją dzieli od Europy.