USA – krajobraz po bitwie

Mija miesiąc od wyboru nowego-starego prezydenta USA. Za ponad miesiąc po raz drugi Barack Hussein Obama złoży przysięgę, odwołując się do Boga, co w Ameryce nikogo nie zdziwi.

Mija miesiąc od wyboru nowego-starego prezydenta USA. Za ponad miesiąc po raz drugi Barack Hussein Obama złoży przysięgę, odwołując się do Boga, co w Ameryce nikogo nie zdziwi. Ale amerykańska klasa polityczna myśli teraz głównie o jednym: o następnych wyborach w 2016 r.

W ciągu ostatnich pięciu tygodni trzy razy byłem w USA i mogę potwierdzić, że za oceanem nadal obowiązuje żelazna zasada, iż kampania wyborcza zaczyna się dzień po ostatnich wyborach. Uwagę skupiają Republikanie. Liżą rany. Po pierwsze: wyciągają wnioski z porażki, zastanawiają się, dlaczego przegrali i jak to zmienić za cztery lata. Po drugie: szykują się do ofensywy legislacyjnej w przyszłym roku, przygotowując takie ustawy, które mogą pomóc im wygrać następne wybory. Już rozpoczęli debatę, kto powinien być ich kandydatem AD 2016. Wygląda to profesjonalnie. Bardziej profesjonalnie niż ich działania w ostatnim wyborczym roku.

Siła Latynosów, siła imigrantów

Amerykańska prawica przegrała, ponieważ miała trudno wybieralnego kandydata i oddała pole Demokratom, gdy chodzi o coraz ważniejsze, bo liczniejsze, głosy imigrantów. Nowi obywatele USA i ich rodziny gremialnie poparły Obamę. W kilku decydujących stanach były to głosy rozstrzygające, np. w Ohio. Pod tym względem prawica jest w odwrocie od 2004 r., a Mitt Romney może pozazdrościć nielubianemu Bushowi Jr. poparcia choćby Latynosów. Liczby mówią same za siebie. W 2012 r. hiszpańskojęzyczni wyborcy głosowali aż w 71 proc. na Obamę, a tylko w 27 proc. na kandydata Republikanów. Tymczasem w 2008 r. weteran John McCain zdobył więcej, bo 31 proc. głosów Latynosów, a George W. Bush w 2004 r. aż dwie piąte. Jest to o tyle ważne, że ten właśnie elektorat coraz bardziej będzie rozstrzygał o tym, kto będzie lokatorem Białego Domu. Prawica błędnie uznała, że „Amerykanie języka hiszpańskiego”, z natury bardziej konserwatywni (i katoliccy!) niż ogół obywateli Stanów, z definicji niejako wesprą przeciwnika Demokratów. Jednocześnie zlekceważyła to, że kojarzona była mocno z retoryką antyimigrancką. Tymczasem Latynosi pokazali, że bliższa koszula ciału i od poglądów oraz kiepskiej sytuacji gospodarczej ważniejsze jest, aby kuzyn z Kuby czy Meksyku miał szansę dostać obywatelstwo USA, a nie bał się deportacji. Obecnie Republikanie błyskawicznie odrabiają lekcje i na następny rok zapowiadają uchwalenie nowego prawa imigracyjnego. W Izbie Reprezentantów, czyli amerykańskim sejmie, to prawica ma większość i przewodniczącego Johna Boehnera. Jeżeli nie będzie nowej ustawy, odpowiedzialność spadnie na Republikanów.

Emocje, nie fakty

Przykład regulacji imigracyjnych w USA pokazuje, że w polityce czasem od faktów ważniejsze są wrażenia, odczucia i to, co się o faktach mówi. Otóż Obama deportował najwięcej nielegalnych imigrantów w historii i – mając w początkowym okresie swojego urzędowania w Waszyngtonie większość w obu izbach – nie zgłosił żadnej inicjatywy proimigracyjnej. Ale w kampanii zastosował dwie sztuczki: zawiesił (a dokładnie zrobił to urząd imigracyjny) deportacje dla osób „niezagrażających bezpieczeństwu kraju”, a potem, pięć miesięcy przed wyborami, ogłosił i rozreklamował amnestie dla młodych nielegalnych imigrantów. To wystarczyło, aby np. Latynosi nie chcieli już pamiętać, kto ich braci wyrzucał ze Stanów Zjednoczonych. Przypomina mi to kampanię, w której brałem czynny udział na zaproszenie brytyjskiej Partii Konserwatywnej – tę przed wyborami 1 maja 1997 r. Rząd torysów pod przewodnictwem Johna Majora miał znakomite wyniki gospodarcze, ale obywatele Wielkiej Brytanii mieli zupełnie inne odczucia na ten temat. I wbrew faktom ekonomicznym spowodowali największą klęskę konserwatystów w XX w. Teraz hiszpańskojęzyczni Amerykanie woleli tego, który deportował niż tych, którzy o deportacji czasami sobie gadali. Dlatego, chcąc wygrać za 47 miesięcy, republikańska większość w izbie niższej Kongresu chce forsować ustawę mającą zniwelować przewagę Demokratów wśród „nowych” Amerykanów. Czy, żeby wzmocnić oddziaływanie na Latynosów, prawica wybierze na swojego kandydata na lokatora Białego Domu jednego z nich?

Obama po Bushu, Bush po Obamie

W 2016 r. obywatele USA będą zmęczeni Partią Demokratyczną jeszcze bardziej niż teraz. Na dodatek ich kandydatem nie będzie już urzędujący prezydent, któremu z definicji łatwiej prowadzić kampanię. To oznacza, że szanse na powrót prawicy do Białego Domu rosną znacząco. Wówczas zresztą upłynie osiem lat od momentu, gdy ostatni republikanin podpisywał w tym budynku urzędowe dokumenty mocarstwa światowego nr 1. A więc opozycyjny kandydat będzie miał z definicji większą szansę na wygraną niż sztywny Mitt Romney. Kto więc nim będzie? Na politycznej giełdzie wrze. Wymienia się na dziś aż sześć nazwisk, choć trzy najczęściej. To jeszcze nic nie znaczy, choć też już znaczy sporo. Wśród tej szóstki jest czterech gubernatorów, jeden były gubernator i jeden senator. Dwóch z nich związanych jest z Florydą, a więc stanem, który zagwarantował, skądinąd w pamiętnych, dramatycznych okolicznościach parokrotnego przeliczania głosów, reelekcję George’a W. Busha w 2004 r. Wówczas gubernatorem tego stanu był młodszy brat prezydenta i jednocześnie syn prezydenta (ach, ta amerykańska ciągłość!), Jeb Bush. Dziś ten świetnie oceniany przez mieszkańców Miami – co słyszałem jeszcze w ostatnią sobotę na własne uszy – eksgospodarz Florydy jest jednym z najczęściej wymienianych jako potencjalny kandydat Republikanów.

Pani Clinton po panu Clintonie?

Do rozpoczęcia formalnych prawyborów jeszcze trzy lata. Republikanie odkrywają karty, choć oczywiście nie wszystkie. W 2010 r., dwa lata przed wyborami prezydenckimi, to wcale nie Romney był faworytem GOP w walce o nominację. Ten, kto dziś jest na czele stawki, nie musi być wcale w grze za 36 miesięcy. A Demokraci? Zapowiedź rezygnacji Hillary Rodham Clinton z funkcji szefa MSZ USA, czyli sekretarza stanu odebrano jako chęć walki o prezydenturę w 2016 r. Ale Clinton wciąż trwa na stanowisku, chyba po to głównie, by oczyścić się z zarzutów o odpowiedzialność za kompromitację w Libii, gdzie terroryści tuż przed wyborami zabili amerykańskiego ambasadora (w praktyce niemal niechronionego). Jeśli Clinton podejmie rękawicę, będzie miała – jak mówi się w obozie rządzącym – niemal pewną nominację. Jeśli... A jeśli nie, to może obecny gubernator Nowego Jorku, członek kolejnej amerykańskiej dynastii politycznej, syn Mario Cuomo, niegdyś gubernatora Nowego Jorku – Andrew Cuomo. Ktokolwiek to będzie, jego droga do Białego Domu będzie trudniejsza niż obecnego lokatora. To Demokraci wiedzą.

Dziś tematem nr 1 na scenie politycznej USA jest gospodarka. To w cieniu zapaści budżetowej zaczyna się pasjonujący wyścig o prezydenturę: w obozie Republikanów osobno, wśród Demokratów osobno i wreszcie między obydwoma partiami. Nie trzeba dodawać, że jego przebieg i wynik będzie miał także – jak zwykle – istotne znaczenie dla Polski.



 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Ryszard Czarnecki
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo