Wszystkie wydatki budżetowe w roku obecnym, jak i w następnym, które znajdują odbicie w zwiększeniu się deficytu i powiększeniu długu, powinny pozwolić na powrót polskiej gospodarki na ścieżkę wzrostu. Zaś jeśli w przyszłym roku wzrost naszego PKB miałby być więcej niż 4-procentowy, to w oczywisty sposób poprawi się sytuacja budżetu, jak i całych finansów publicznych - mówi w rozmowie z Maciejem Pawlakiem Zbigniew Kuźmiuk, poseł do Parlamentu Europejskiego.

Maciej Pawlak: Czy ostatnio słabnąca złotówka to zjawisko długotrwałe? Jakie czynniki najbardziej osłabiają naszą walutę?

Zbigniew Kuźmiuk, poseł do Parlamentu Europejskiego: Płynny kapitał międzynarodowy płynie do walut stabilnych, mających rangę walut światowych, takich jak dolar czy euro, choć zarówno USA, jak i kraje unijne, przeżywają kryzys - tyle, że dziwnym trafem ich waluty się wzmacniają. W sumie moim zdaniem obecna sytuacja, w której faktycznie złoty się nieco osłabił, nie jest groźna, zwłaszcza, że mogła być to jednorazowa reakcja rynków na ogłoszoną nowelizację naszego budżetu na ten rok i opublikowanie projektu budżetu na 2021 r. Zostały tam przedstawione relatywnie wysokie deficyty budżetowe. Jednak ostatni rating agencji Fitch, która nie zmieniła swej oceny polskiej zdolności kredytowej, potwierdził, że polskie finanse pozostają pod kontrolą. 

W założeniach przyszłorocznego budżetu przedstawionych przez ministerstwo finansów zapowiedziano zmniejszanie w kolejnych latach zarówno deficytu budżetowego, jak i poziomu długu publicznego w stosunku do PKB. Pod jakimi warunkami może to faktycznie nastąpić?

Wszystkie wydatki budżetowe w roku obecnym, jak i w następnym, które znajdują odbicie w zwiększeniu się deficytu i powiększeniu długu, powinny pozwolić na powrót polskiej gospodarki na ścieżkę wzrostu. Zaś jeśli w przyszłym roku wzrost naszego PKB miałby być więcej niż 4-procentowy, to w oczywisty sposób poprawi się sytuacja budżetu, jak i całych finansów publicznych. Zatem moim zdaniem, skoro nasze władze w dobie koronakryzysu postąpiły tak, jak wszystkie rozsądne władze w innych krajach: uruchomiły programy pomocowe dla przedsiębiorstw, wspierają konsumpcję, stawiają na inwestycje publiczne, starając się przy tym pomóc inwestorom, by gospodarka wyszła ze stanu recesji na ścieżkę wzrostu, to wszystko wskazuje na to, że dla Polski kryzys będzie miał kształt litery „V”. A więc, że obecny spadek będzie, miejmy nadzieję, krótkookresowy. I że już III i IV kwartał br. będą wzrostowe. A następny rok, jak wspomniałem, odnotuje wzrost już ponad 4-procentowy. Pozwoli to na wyraźną poprawę bilansu dochodów i wydatków budżetowych. I że kolejne lata będą podobne.

Czy kolejne miesiące koronakryzysu potwierdzają, że nasza gospodarka na tle innych krajów unijnych, przechodzi obecny okres stosunkowo obronną ręką?

Wszystko wskazuje na to, że nasza zapaść gospodarcza będzie jedną z najkrótszych na tle innych krajów unijnych. I że całoroczny spadek naszego PKB, jak to jeszcze w lecie ogłosiła sama Komisja Europejska, wyniesie nie więcej niż 4,6 proc. W dodatku w naszym kraju pojawiły się prognozy zagranicznych banków, które mówiły o spadku tegorocznego PKB nie wyższym niż 3 proc. Jedna z nich mówiła o spadku na poziomie zaledwie 2,1 proc. Gdyby tak było w praktyce, oznaczałoby, że Polska znalazłaby się w najlepszej sytuacji spośród wszystkich 27. krajów członkowskich. 

Czy skłania się Pan do poglądu przedstawicieli sektora bankowego, że banki działające w Polsce znajdują się w trudniejszym niż gdzie indziej położeniu ze względu na wyższe niż w innych krajach UE obciążenia podatkowe nakładane przez nasze państwo?

Narodowy Bank Polski robi wszystko, by udzielanie kredytów przedsiębiorcom opłacało się bankom. Zachęca przedsiębiorców, ale i indywidualnych konsumentów do zaciągania kredytów, dzięki utrzymywaniu niskich stóp procentowych. Także dostarcza bankom kapitały obrotowe poprzez tzw. operacje otwartego rynku. W Polsce, moim zdaniem, zostało zrobione wszystko to, czego mogły oczekiwać banki, według schematu, jaki od jakiegoś czasu stosuje Europejski Bank Centralny. Natomiast jeśli chodzi o obciążenia podatkowe wobec banków w Polsce, to 2019 r. okazał się bardzo korzystny dla nich, mimo wprowadzenia podatku bankowego. Obecny rok, być może, ze względu na zawirowania w gospodarce, może być gorszy. Ale doświadczamy tego wszyscy: cała gospodarka będzie na minusie, wiele przedsiębiorstw odnotuje straty. Zatem jeśli w części banków pogorszyła się zyskowność, to muszą one przecież brać pod uwagę fakt, że podlegają takim samym regułom, co pozostała część gospodarki. Więc domaganie się w obecnej sytuacji, by jakoś ulżyć bankom, jest moim zdaniem nieporozumieniem.

W ostatnich dniach mamy do czynienia ze znaczącymi codziennymi przyrostami osób zarażonych COVID-19. W związku z tym ministerstwo zdrowia wprowadza dodatkowe obostrzenia w „żółtych” i „czerwonych” powiatach, ze szczególnie poważną sytuacją epidemiczną, np. nakaz zamykania na ich terenie zakładów gastronomicznych o g. 22 czy ograniczenie liczby gości na imprezach masowych. Czy ta, jeszcze nieoficjalna, druga fala pandemii, nie spowoduje znaczącego pogorszenia się sytuacji gospodarczej?

Rząd wielokrotnie podkreślał, że o drugim „lockdownie” nie ma obecnie mowy. A jeśli mowa jest o tych dodatkowych obostrzeniach, to są to posunięcia punktowe. I dotyczą krótkiego okresu. Najczęściej dwu-trzytygodniowego, po którym zarządzone restrykcje ustają. Zatem moim zdaniem nie będzie to w znaczący sposób rzutować na całość naszej gospodarki. Oczywiście dla konkretnego przedsiębiorcy z danej miejscowości może to być uciążliwe. Ale przecież innego sposobu, jak takie punktowe, restrykcyjne działania świat nie wymyślił. 
 



Artykuł pochodzi ze strony filarybiznesu.pl