Ewolucja liberała w kraju postkomunistycznym jest fascynująca. Liberał polski to gatunek endemiczny, występujący tylko w środowiskach postkomunistycznych i ideowo zmutowany jak po kilkunastu wybuchach w Czarnobylu. Polski liberał niby nazywa się liberał. Niby należy do wszystkich tych organizacji czy środowisk, których polski szanujący się liberał winien być członkiem (od „Tygodnika Powszechnego” po Fundację Batorego). Ale gdy tylko otworzy paszczękę bądź zacznie coś pisać, wylewa się z niego strumień bełkotu, który z jakimkolwiek liberalizmem nie ma nic wspólnego. Tak jakbyśmy zobaczyli sarenkę, która nagle zaczyna podskakiwać i rechotać jak ropucha. Ot, taki Marcin Król. Ostatnio po raz kolejny zasępił się nad rozpasaną wolnością słowa w Polsce, a szczególnie w tym złym internecie, co to go jeszcze Boni nie zamknął. Bo wolność słowa równa się „Mein Kampf” i zabija demokrację. Taki to już jest nasz salonowy polski liberał. Przeświadczony, że wolność słowa i brak państwowej ingerencji w internet skończy się polskim Hitlerem. Czekający tylko, w jaki sposób przysłużyć się władzy i jej pomysłom ograniczenia wolności obywatelskich. Jakie państwo, tacy liberałowie.