Grupa działała w powiecie oleckim (Warmińsko-mazurskie); według aktu oskarżenia zajmowała się produkcją i handlem marihuaną od wiosny 2016 do września 2017 roku, poprzez stworzony łańcuch powiązań od zakupu nasion do przekazania gotowego produktu odbiorcy. W sumie działały trzy plantacje - z czego jedna pod dachem - regularnie uprawiane, podlewane i pielone.

Pierwszą z plantacji plenerowych policja zlikwidowała w sierpniu 2016 roku; było tam blisko 150 krzaków konopi. Odpowiedzialność karną poniósł za to jeden z oskarżonych w tym procesie, który nie wskazał żadnych innych wspólników i całą winę wziął na siebie. Okazało się, że w tym czasie działalność rozwijała kolejna uprawa. Z aktu oskarżenia wynika, że udało się tam wyprodukować co najmniej 3 kg marihuany o wartości rynkowej nie mniejszej niż 90 tys. zł.

By nie przerywać produkcji w czasie zimy, stworzono kolejną plantację - tym razem pod dachem. Działała ona w kilku pomieszczeniach gospodarczych, zaopatrzona w ogrzewanie i oświetlenie podtrzymujące wegetację roślin. Tu - jak wynika z ustaleń śledztwa - udało się zebrać i przygotować susz z nie mniej, niż 370 roślin, co dało co najmniej 5 kg narkotyków, o wartości na czarnym rynku sięgającej co najmniej 150 tys. zł.

Produkcję odkryła policja i zlikwidowała we wrześniu 2017 roku, zatrzymując dwie osoby. W toku śledztwa ustalono pozostałych członków grupy, w tym jej domniemanego szefa. Na tej plantacji ujawniono łącznie również niespełna pół tysiąca sztuk roślin z ostatniego nasadzenia, z których można byłoby wyprodukować ok. 10 kg narkotyków, wartych na rynku ponad 320 tys. zł.

W październiku ub. roku Sąd Okręgowy w Suwałkach skazał czwórkę oskarżonych na kary od 3 do 4,5 roku więzienia, orzekł też grzywny i nawiązki, w kwotach 15-25 tys. zł. Sąd ocenił, że nie ma wątpliwości, iż brali oni udział w zorganizowanej przestępczej działalności, która zajmowała się zakładaniem plantacji konopi, ich uprawą, zbiorem, przygotowaniem do sprzedaży i wprowadzaniem narkotyku na rynek.

Apelacje złożyli obrońcy, którzy chcieli kar łagodniejszych lub nawet uniewinnienia (w przypadku osób, które nie przyznały się do przestępczej działalności). Prokuratura początkowo chciała surowszej kary wobec jednego z oskarżonych, ale ostatecznie cofnęła swoją apelację w tym zakresie.

Sąd Apelacyjny w Białymstoku ocenił, że choć zarzuty były zasadne, to w tym przypadku nie była to działalność w zorganizowanej grupie przestępczej, a współsprawstwo osób, które łączyły więzi rodzinne (dwaj skazani to bracia) oraz koleżeńskie. Jak uzasadniał sędzia Andrzej Czapka, co prawda jeden z oskarżonych pełnił rolę kierowniczą, ale nie przywódczą, nie dyscyplinował pozostałych, nie karał.

Ostatecznie sąd odwoławczy kary łączne wobec dwóch osób obniżył o pół roku, odpowiednio: z 4,5 roku na 4 lata więzienia oraz z 4 lat na 3,5 roku więzienia. Dwa pozostałe wyroki co do wysokości kar utrzymał.

Odnosząc się do zarzutów apelacyjnych obrońców - wskazujących na rażącą surowość kar - sędzia Czapka przypomniał, że przestępstwa zarzucone oskarżonym zagrożone są karą do 12 lat więzienia. "W żadnym wypadku nie można mówić, że kary są rażąco surowe. A wręcz przeciwnie, mając na uwadze znaczną ilość wyprodukowanych i wprowadzonych do obrotu narkotyków, można mówić o ich łagodności" - dodał sędzia.