Sejm uchwalił nowelę ustawy o ochronie zwierząt, która m.in. zakazuje hodowli zwierząt na futra i wprowadza ograniczenia uboju rytualnego. Spośród 229 przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy, którzy wzięli udział w głosowaniu, nowelizację poparło 176 posłów PiS, w tym minister rozwoju Jadwiga Emilewicz (Porozumienie). Natomiast przeciw noweli zagłosowało 38 posłów klubu PiS, w tym wszyscy posłowie Solidarnej Polski; 15 posłów Porozumienia wstrzymało się od głosu, 2 było przeciw.

Wśród posłów PiS, którzy byli przeciw ustawie był były minister środowiska Henryk Kowalczyk. Zapytaliśmy go, dlaczego podjął taką decyzję.

- Podjąłem taką decyzję przede wszystkim dlatego, że w tej ustawie był zakaz uboju rytualnego, a to będzie miało bardzo duże skutki ekonomiczne dla rolnictwa, bo tak naprawdę bydło, które będzie do tego przeznaczone, to wyjedzie za granicę i tam będzie wykonany ubój. Z punktu widzenia zwierząt to nie ma znaczenia, jest jeszcze gorzej, bo będzie jeszcze transport. Z punktu widzenia interesu i rozwoju rolnictwa, to będą bardzo duże straty dla tych, którzy hodują bydło i drób

- mówi poseł Henryk Kowalczyk w rozmowie z Niezalezna.pl.

Głosowanie nad ustawą o ochronie zwierząt wywołało ogromne polityczne emocje. Pojawiły się nawet głosy o możliwym kryzysie w koalicji Zjednoczonej Prawicy. Czy jest możliwe, by ten ogromny projekt, łączący trzy duże, prawicowe partie, mógł zostać naruszony z tego powodu?

- Moim zdaniem to byłoby bardzo nierozsądne, jakby z takiego powodu przestała istnieć koalicja Zjednoczonej Prawicy. Absolutnie jest tyle rzeczy do zrobienia jeszcze pożytecznych, że z powodu różnicy poglądów w tym temacie nie powinno mieć to wpływu na pozostałe projekty, które są o wiele ważniejsze. Ponieważ Solidarna Polska głosowała cała przeciw, to pewnie jakiś ślad na negocjacjach będzie, ale moim zdaniem nie powinno to przesądzać

- stwierdza Henryk Kowalczyk.