60-letnia pani Hanna na wszystkie protesty oprócz torebki brała ze sobą reklamówkę. „Co tam mam? Papier, żeby napisać skargę na nielegalne zatrzymanie. I gazety, żeby coś podłożyć pod grzbiet, gdy będzie trzeba nocować na komisariacie czy w areszcie”

– mówiła jeszcze kilka dni temu. Poza tym, jak dodała, gazety lubi czytać, ale tylko niezależne. W domu nie ma czasu, więc czyta w metrze.

„Zna pani taki film +Tak tu cicho o zmierzchu+? Tam pada takie zdanie o Niemcach: przecież oni też są ludźmi. To straszny film, wszystkich na końcu zabijają” – opowiadała. „Ci omonowcy też są ludźmi, chociaż wyprali im mózgi. Ja zawsze próbuję z nimi rozmawiać” – dodała.

Co im mówiła? „Że to nieprawda, że nam płacą za udział w protestach. I czy nie widzą, co się dzieje w kraju. Że ich oszukali, że są narzędziem w rękach oprawców” – wyliczała.

„Ich zahipnotyzowali, że my jesteśmy zahipnotyzowani, no zaprogramowani, omamieni przez jakieś wrogie siły. To jest właśnie ten paradoks. Wielu z nich, pracowników struktur siłowych, naprawdę w to wierzy. I znęcają się nad ludźmi tak, jakby siłą chcieli z nich wybić jakiegoś szatana”

– tłumaczyła pani Hanna.

„Jak masz na imię? Maks? Maks, do zobaczenia jutro” – żegnała omonowca jednego wieczoru na Placu Niepodległości, gdy rozchodził się milicyjny kordon po kolejnej akcji kobiet.

„A to nasza Hanna” – mówili o niej białoruscy reporterzy, gdy po raz kolejny podejmowała się swojej beznadziejnej misji.

Próbowała przekonywać nie tylko funkcjonariuszy, ale i uczestników jednego z mitingów poparcia dla władz. „Wybory sfałszowano, jest na to setki dowodów, pokażę wam” – przekrzykiwała tłum. „Kto ci zapłacił? Prowokatorka! Zdradziłaś pamięć swoich przodków!” – usłyszała w odpowiedzi.

Wykorzystując chwilowe rozluźnienie służb porządkowych, wskoczyła na scenę, gdy przemawiał szef Biełteleradiokampanii Hienadź Dawydźka. „Sfałszowaliście wybory! Dlaczego nie mówicie prawy!” – krzyknęła, ale nie dostała odpowiedzi.

Potem żaliła się, że „się spaliła”. „Na miting przyjechał później sam (prezydent) Łukaszenka. Mogłam poczekać i jemu zadać to pytanie” – mówiła.

Bezustannie dzwoni do telewizji państwowej, by domagać się sprostowań i uczciwego relacjonowania wydarzeń. „Gdyby oni mówili prawdę, Białoruś już dawno by się zmieniła” – przekonywała.

Jest na emeryturze, choć czasem dorabia remontami (nauczyła się tej pracy podczas jednego z komsomolskich wyjazdów na Daleki Wschód Rosji). Jak mówi, praktycznie nie ma żadnego majątku, bo wszystko zajęło państwo za niepłacone grzywny.

Pani Hanna twierdzi, że walczy z bezprawiem. „Od dwudziestu lat próbuję wyegzekwować od naszych władz mieszkanie z przydziału. Miałam je dostać, gdy lata temu byłam samotną matką z dwójką dzieci, ale dali je +swoim+” – opowiadała z wyraźnym rozżaleniem.

Jak mówi, przez lata „ciągania po sądach” zdobyła praktyczne wykształcenie prawnicze. W czasie wyborów była obserwatorem, ale szybko – jak wielu innych - pozbawiono ją akredytacji i mogła przyglądać się procesowi wyborczemu tylko z daleka, nie dopuszczono jej do komisji.

Zna paragrafy i swoje prawa. Informuje o nich innych, np. zatrzymywanych uczestników protestów. Opowiadała, że w 2010 r. podczas protestów przeciwko sfałszowaniu wyborów wskoczyła do karetki razem z jednym z pobitych i potem w szpitalu pomagała mu załatwiać formalności. „Dzięki temu udało mi się samej nie dostać po głowie” – wtedy protesty zostały rozpędzone brutalnie, ale nie tak jak działo się to po 9 sierpnia 2020 r.

14 września przed Czerwonym Kościołem na milczącą akcję przeciwko nasileniu represji wyszło kilka kobiet. Była tam, chociaż nie brała udziału w proteście.

Akcja nie trwała długo, bo zamaskowani funkcjonariusze szybko, używając siły, zaciągnęli kobiety do swoich busów. Wśród nich panią Hannę. Jak zawsze gestykulując, próbowała tym mężczyznom coś tłumaczyć. Bezskutecznie. Jej telefon od poniedziałku nie odpowiada.