Trochę inna opowieść o wojnie

  

W XXI w. na ważne miejsce w świecie polskich produkcji telewizyjnych powrócił serial historyczny. Od 2008 r., kiedy swoją premierę miał pierwszy sezon „Czasu honoru”, przez ekrany przewinęło się wiele tytułów opowiadających o polskiej historii, zwłaszcza pierwszej połowy XX w. Kilka dni temu widzowie TVP mogli zobaczyć pierwszy odcinek kolejnej produkcji zatytułowanej „Ludzie i bogowie”.

Praktycznie wszystkie tytuły powstałe w ostatnich latach cieszyły się bardzo dużą popularnością, choć jak dotąd chyba tylko „Czas honoru” zbliżył się do osiągnięcia statusu serialu kultowego. Doceniony został nie tylko przez polskich widzów, o czym świadczy chociażby srebrny medal zdobyty w 2010 r. na festiwalu produkcji telewizyjnych w Nowym Jorku.

Standard, który polubili widzowie

Serial stał się też przebojem eksportowym, który zobaczyć mogli widzowie w wielu krajach – od Ukrainy, przez Szkocję, aż do Chin. Niewątpliwie właśnie ta opowieść wyznaczyła pewne standardy opowiadania o wojnie i naszej historii najnowszej.

Nic dziwnego, jest to przecież bardzo atrakcyjna formuła, w której nie brak opartej na wielu prawdziwych dramatach gry na emocjach widza, patriotyzmu, który kilka lat temu przeżywał swój popkulturowy renesans, wreszcie ukazanie wojny jako swego rodzaju romantycznej awantury. Tak przynajmniej widzieli ją młodzi, budzący sympatię widzów bohaterowie, przez co zresztą pakowali się w kolejne kłopoty.

Jeszcze mocniej tę ostatnią tendencję widać w „Wojennych dziewczynach”, późniejszej o kilka lat wersji „Czasu honoru” przefiltrowanej przez mocną w dzisiejszej popkulturze filozofię girl power, czyli pokazywania mocnych, charakternych i niepokornych postaci kobiecych, tu jednak wpisujących się w patriotyczne kształtowanie pamięci i postaw. Feminizm stał się dość zaskakująco problemem produkcji przygotowanej w ramach obchodów 100-lecia niepodległości, czyli „Drogach wolności”. Temu ostatniemu wielu recenzentów, zwłaszcza tych z branżowych portali zajmujących się historią, zarzucało rozmijanie się z faktami.

Z zarzutami zbytnich i nie zawsze uzasadnionych ustępstw na rzecz filmowej fikcji spotykali się twórcy wszystkich seriali z „Czasem honoru” włącznie. Nie zmienia to faktu, że wszystkie tytuły cieszyły się zainteresowaniem widzów. Co więcej, oglądalność kolejnych misyjnych produkcji Telewizji Polskiej przez lata rosła, choć przy ogólnych zmianach na rynku, wejściu do gry kolejnych stacji i serwisów streamingowych, wydawać by się to mogło wręcz zaskakujące, nawet przy najlepszej ofercie. A jednak. Czwarty sezon „Czasu honoru” oglądały średnio 2 mln widzów, piąty już 2,5 mln, szósty 2,1 mln i dopiero ostatnia, niechronologiczna część serialu, ukazująca losy bohaterów w czasie Powstania Warszawskiego, nie cieszyła się tak dużym zainteresowaniem. Najpopularniejsze odcinki siódmego sezonu obejrzało jedynie powyżej 1,4 mln osób. Na tym jednak historia zakończyła się tylko częściowo, bo choć najwyraźniej publiczność poczuła się usatysfakcjonowana tą dawką przygód bohaterów, dalej spragniona była oglądania telewizyjnych opowieści w tym samym klimacie. Odwołujące się do niego wprost „Wojenne dziewczyny” znów cieszyły się już ponad 2-milionowym audytorium (pierwsze odcinki pierwszego sezonu miały nawet oglądalność na poziomie 3 mln), obecnie planowany jest czwarty sezon trzech niesfornych uczestniczek warszawskiego podziemia antyhitlerowskiego, a dotychczasowymi odcinkami od niedawna cieszyć się mogą również abonenci Netflixa.

Wojna w ciemniejszych barwach

Echa opowiadania o historii à la „Czas honoru” widzowie mogli też dostrzec w „Młodym Piłsudskim”, którego z pierwszym serialem łączyła postać scenarzysty Jarosława Sokoła, jednak ten tytuł cieszył się trochę mniejszą popularnością. Nadal było to jednak ponad 1,7 mln widzów.

Akapit statystyczny warto uzupełnić o utrzymany w trochę innej, bardziej obyczajowej stylistyce serial „Stulecie Winnych”. Rekordowy odcinek obejrzało 3,3 mln widzów, średnia całości zaś to imponujące 2,8 mln. Rozciągnięte na lata losy rodzin czy małych społeczności to tradycja polskiego serialu, jedna z niewielu godnych zapamiętania rzeczy wyniesionych jeszcze z późnego PRL. O ile bowiem klasyki takie, jak „Czterech pancernych” więcej robią złego niż dobrego, również przez podtrzymywanie opartej na zakłamanej historii nostalgii, o tyle już „Polskie drogi” czy „Blisko, coraz bliżej” wniosły przecież w społeczną świadomość coś więcej. Ewenementem jest jednak kręcony z przerwami przez ponad 20 lat „Dom”, legendarny serial, w którym życie kilku zamieszkujących pod jednym adresem rodzin wplecione jest w ważne dla PRL wydarzenia, oczywiście ostrzej i odważniej pokazywane w późniejszych, kręconych po 1989 r. seriach.
Jak w tym obrazie odnajdą się „Ludzie i bogowie”? Po pierwszym odcinku nie sposób oczywiście zawyrokować, dobrze wróży jednak i oglądalność (ponad 2,5 mln), i to, co zobaczyliśmy na ekranie. Nie zobaczymy na pewno trzeciej wersji „Czasu honoru”. Jeśli nawet nadal traktujemy wojnę w kategorii awantury i przygody, tym razem widzimy ją w bardziej filmowych, ciemniejszych i nasyconych barwach, co podkreślają zdjęcia, montaż i odbiegająca od schematu muzyka. Umieszczenie w centrum akcji grupy działających w imieniu państwa podziemnego egzekutorów pozwala na trochę inne, mroczniejsze potraktowanie tematu. Z pierwszego odcinka zapamiętamy głównie egzekucję kolaboranta Igo Syma, której ukazanie dobrze wróży dla atrakcyjności wizualnej i warsztatowej serialu. Choć można się spodziewać też, że nie wszyscy odnajdą się w tej odświeżonej formule.

Reżyser po artystycznych przejściach

Powierzenie tej produkcji Bodo Koxowi to odważny eksperyment. Kox zaczynał jako twórca niezależny, równie chętnie występujący u kolegów, co tworzący własne filmy. Najpoważniejszą (i ostatnią) jego produkcją offową była szalona, młodzieżowa i bezkompromisowa, skręcająca w kierunku farsy komedia „Nie panikuj”, w której znajdziemy sporo dość niepoprawnych politycznie żartów.

Po kilku latach już w normalnej kinowej dystrybucji pojawiły się dwa filmy pełnometrażowe. Pierwszy to trudna, opowiadająca o niepełnosprawności, chorobie i wycofaniu ze społeczeństwa „Dziewczyna z szafy”, film w formie niezależny, lecz zrealizowany poważnymi środkami i, choć chwilami kontrowersyjny, poruszający i udany artystycznie. Dwa lata później na ekrany weszła antyutopia „Człowiek z magicznym pudełkiem”, opowieść o podróży w czasie naukowca z lat 50. Tajemniczy Krzysztof trafia do ponurego państwa, będącego niewątpliwie kontynuacją Polski rządzonej przez prawicę i stanowiącej część równie niesympatycznej Grupy Wyszehradzkiej. Jednak te polityczne tropy to tylko jeden z elementów interesującej, odważnej wizualnie całości, utrzymanej w wiernej gatunkowi dystopii stylistyce, z post-apokaliptycznymi ujęciami warszawskich blokowisk włącznie.

Czy z takim bagażem można nakręcić ciekawy serial o tematyce wojennej? Warsztatu, odwagi i zdolności artystycznych Bodo Koxowi na pewno nie brak, elementy szaleństwa, jakie zostały w jego filmach z czasów niezależnych, dają nadzieję na ciekawe odejście od schematu. W niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” twórca mówi, że możliwe ataki ze strony środowiska artystycznego są mu zupełnie obojętne, a im jest starszy, tym bliżej mu do wartości triady „Bóg – honor – ojczyzna”. Przyznam, że kredyt zaufania przyznałem mu po obejrzeniu premierowego odcinka serialu jeszcze bez znajomości tej deklaracji.


Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts