Skończyło się głosowanie nad rezolucją Parlamentu Europejskiego twierdzącą, że w Polsce dochodzi do pogarszania się stanu praworządności. Rezolucja została przez Europarlament przyjęta. Co ta akceptacja może przynieść Polsce?

Pod względem formalno-prawnym rezolucja ta nie ma żadnych skutków. Nic się nie zmieni. Jest to wyłącznie forma presji polityczno-propagandowej na polskie władze. A w skutkach dalej idących stanowi to próbę obniżania konkurencyjności Polski. I to wtedy, gdy Polska od lat jest w gospodarczym rankingu w górze. Ta zmiana została zauważona przez naszych bliższych i dalszych sąsiadów. I to jest efekt tej sytuacji.

Oczywiście część posłów głosowała za rezolucją, ponieważ wierzyli w fake newsy o rzekomych prześladowaniach mniejszości seksualnych w Polsce, część ze względu na ideologię. Bo na przykład Lewica nie może przeżyć, że kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich w Polsce uzyskał w tych wyborach dwa procent głosów, co jest jednak kompromitacją. A Lewica w zeszłej kadencji nie była w ogóle w parlamencie. W tej kadencji zaś jest w śladowych ilościach.

Przeciw omawianej rezolucji byli wszyscy europosłowie PiS. Wszyscy z Koalicji Europejskiej i Lewicy głosowali za nią. PSL wstrzymał się od głosu. Jak by Pan nazwał taką postawę?

Bardzo źle przyjmuję atakowanie Polski na forum międzynarodowym. Nasze sprawy powinniśmy załatwiać na Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem. A nie w Brukseli. To, co robi ta część opozycji wpisuje się w złą tradycję polityków, którzy w przeszłości, gdy przegrywali rywalizację polityczną w Polsce, uciekali się do obcych dworów i monarchów. Teraz nie ma monarchów, u których można uzyskać zbrojne posiłki po to, aby wrócić do władzy w Polsce. Ale za to są - na przykład - Unia Europejska albo Rada Europy. I one są adresatem tych ataków na własną Ojczyznę ze strony liberałów i Lewicy. Wystawia im to fatalne świadectwo. Miejmy nadzieję, że kiedyś wyborcy wystawią im za to konkretny rachunek.