W 2016 roku, jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej, FBI (Federalne Biuro Śledcze) rozpoczęła operację kontrwywiadowczą pod kryptonimem Crossfire Hurricane. Jej celem było sprawdzenie, czy ludzie Donalda Trumpa mają jakieś związki z Kremlem lub są wręcz pod jego kontrolą. To śledztwo było częścią większej całości, w której brały udział również CIA (Centralna Agencja Wywiadowcza), NSA (amerykańska wewnętrzna agencja wywiadowcza koordynująca m.in. zadania wywiadu elektronicznego) i inne agencje. W maju 2017 roku śledztwo to zostało przejęte przez powołaną specjalnie w tym celu speckomisję prokuratora Roberta Muellera.

Ostatecznie ani to śledztwo ani wszystkie inne gigantyczne wysiłki służb nie odkryły nawet cienia dowodu na współpracę Trumpa z Kremlem. On sam od początku twierdził, że cała sprawa to motywowane politycznie polowanie na czarownice i ochrzcił ją mianem Obamagate. Inni Republikanie początkowo podchodzili do tego tematu ostrożnie, ale obecnie większość zgadza się już z oceną prezydenta. Wymiernie pomogły w tym kolejne odtajniane dokumenty które rzucają coraz większe wątpliwości na to, czy służby były bezstronne i działały zgodnie z prawem.

Wkrótce być może wyjdą na jaw kolejne dowody na tę tezę. W środę odbyło się bowiem spotkanie robocze senackiej Komisji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która prowadzi własne śledztwo w sprawie kulis rozpoczęcia dochodzenia w sprawie rzekomej współpracy Trumpa z Rosjanami i operacji Crossfire Hurricane. Podczas tego spotkania członkowie komisji stosunkiem głosów 8 do 6 dali prawo jej przewodniczącemu, senatorowi Ronowi Johnsonowi, do wzywania na przesłuchania i żądania oficjalnych dokumentów od wysoko postawionych członków administracji Obamy i innych osób. To czy i kiedy ich wezwie i jakich dokumentów od nich zażąda będzie wyłącznie jego decyzją.

Na liście osób objętych tym pozwoleniem znalazły się nazwiska, które od początku przewijały się w tej sprawie. Johnson będzie mógł wezwać m.in. byłego szefa CIA Johna Brennana, byłego dyrektora Wywiadu Narodowego Jamesa Clappera i byłego szefa FBI Jamesa Comeya. Lista ta objęła również ludzi z wewnętrznego kręgu Obamy, między innymi byłego szefa jego sztabu Denisa McDonougha, byłą ambasador przy ONZ Samanthę Power, byłego ambasadora w Rosji Johna Teftta czy byłą doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Susan Rice.

Na liście nie zabrakło również byłego agenta FBI Petera Strzoka i jego kochanki, pracującej dla FBI prawniczki Lisy Page. Obydwoje byli mocno zaangażowani w Crossfire Huricane i w prace komisji Muellera. Strzok odegrał również ogromną rolę w tym, że FBI nie rozpoczęło śledztwa w sprawie skandalu z poufnymi e-mailami Hillary Clinton. Z SMSów które do siebie wysyłali ze służbowych telefonów wynikało, że oboje byli gorącymi zwolennikami Clinton w wyborach 2016 r. i bardzo nie lubili Trumpa. Pisali też, że śledztwo w sprawie rosyjskiej ingerencji to „polisa ubezpieczeniowa” na wypadek jego zwycięstwa. Ostatecznie oboje za te SMSy zostali zwolnieni z pracy a Departament Sprawiedliwości podjął pod koniec 2017 r. kontrowersyjną decyzję o ich odtajnieniu.

Najciekawszą postacią na tej liście jest jednak bez wątpienia Stefan Halper, amerykański profesor zajmujący się sprawami międzynarodowymi. Halper pracował w Białym Domu w administracjach Richarda Nixona, Geralda Forda i Ronalda Reagana, całe dekady współpracował też z CIA. Współpracował również blisko z sir Richardem Billingiem Dearlove, który od 1999 do 2004 zajmował stanowisko C czyli szefa brytyjskiego wywiadu MI6.

W 2018 roku wyszło na jaw, że był on jednym z głównych źródeł FBI w tej sprawie. Jego wiarygodność budzi jednak duże wątpliwości. Przede wszystkim Halper miał bardzo bliskie związki z rodziną Bushów. George H.W. Bush w czasach, kiedy był szefem CIA, współpracował z teściem Halpera, a sam on w administracji Reagana miał opinię jego lojalisty. Po zwycięstwie Trumpa Bushowie stali się jednymi z najważniejszych wrogów nowego prezydenta wśród Republikanów. Wiadomo także, że za czasów Obamy Halper dostawał kontrakty od jego administracji, ostatni we wrześniu 2015 r. Odpowiedzialny za ich przyznawanie James Baker również jest na liście osób, które mogą być w każdej chwili wezwane przed komisję.

Na razie nie wiadomo kiedy i kogo wezwie przed komisję jej przewodniczący. Nie wiadomo też, czy dzięki nowym uprawnieniom uda się odkryć nowe fakty w czymś, co ma potencjał na zostanie największą aferą szpiegowsko-polityczną w historii USA. Wiele będzie tu zapewne zależało od tego jakie pytania zada wezwanym świadkom komisja i czy odpowiedzą na nie szczerze. Być może zachęci ich do tego fakt, że za okłamywanie senackiej komisji można trafić do więzienia nawet na pięć lat.