"Niezależna.pl": - Przeciwko Herthcie rozegrał Pan najlepszy mecz w życiu?

Martin Kobylański: - Biorąc pod uwagę fakt, że Hertha gra w 1. Bundeslidze i jest naszpikowana gwiazdami, to chyba tak... Dla mnie ostatni tydzień był naprawdę wyjątkowy. Najpierw się ożeniłem, a potem to starcie z Herthą. Moja żona jest Niemką, ale od czterech lat uczy się polskiego i jakby co, to spokojnie udzieli wywiadu (śmiech). Te gole strzelałem dla niej.

Rywale was zlekceważyli?

- Raczej nie. Dla takiego wielkiego klubu odpadnięcie z krajowego pucharu już w pierwszej rundzie, to wstyd i dyshonor. Myślę, że to my ich zaskoczyliśmy odważną postawą. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że nie możemy się bać, że to dla nas szansa na pokazanie się. Założyliśmy sobie, że od pierwszego gwizdka sędziego, ruszymy do przodu. I niech się dzieje co chce (śmiech)... Okazało się, że odwaga popłaca.

- Ten mecz był zapowiadany w Polsce jako pojedynek snajperów - pana i Krzysztofa Piątka z Herthy. Piątek po powrocie ze zgrupowania reprezentacji musiał jednak zostać w domu na przymusowej kwarantannie, a tymczasem pan zrobił na boisku Kobylański show.

- Naprawdę bardzo się cieszę, że "odkurzyłem" nazwisko Kobylański. Pokazałem, że dzięki ciężkiej pracy wróciłem do wysokiej formy.  W klubie postanowiliśmy, że z ogrania Herthy cieszymy się do wtorku. Potem już tylko trening i pokora, bo najbliższy rywal w 2. Bundeslidze - Heidenheim na pewno się przed nami nie położy tylko dlatego, że wyeliminowaliśmy z pucharu Herthę. A swoja drogą to bardzo żałuję, że nie spotkałem się z Krzysztofem na boisku. Byłaby okazja pogadać z rodakiem.

- Za awans do drugiej rundy dostaniecie jakieś specjalne premie?

- Jestem w radzie drużyny, w ostatnich meczach byłem kapitanem, więc dotarło do mnie, że coś tam ma nam skapnąć. Jednak po takim meczu, jak ten z berlińczykami, pieniądze schodzą na dalszy plan. Liczy się to, że pokazaliśmy iż umiemy grać w piłkę i nie pękamy przed faworytami.

- Ma pan rywala, którego chciałby wylosować dla Eintrachtu w kolejnym meczu Pucharu Niemiec?

- Wiadomo, wyobraźnia podpowiada, żeby zagrać z Bayernem Monachium czy Borussią Dortmund, ale patrząc realnie nasze szanse w starciu z tej klasy przeciwnikami byłyby niewielkie. Dlatego dobrze by było gdybyśmy kolejne spotkanie zagrali z jakimś średniakiem z Bundesligi. Wtedy moglibyśmy powalczyć o kolejną niespodziankę.

- Konfrontacja z Bayernem miałaby dodatkowe smaczki. rywalizowałby pan z Robertem Lewandowskim, a ponadto pana menedżerem jest Roman Rummenigge, syn prezydenta mistrzów Niemiec - Karla - Heinza.

- Zagrać przeciwko Robertowi to duma i zaszczyt, ale jeśli chcemy dłużej rywalizować w pucharze, to lepiej jak najdłużej nie trafiać na monachijczyków...

- Po trzech golach strzelonych Herthcie chyba ustawiła się po pana kolejka chętnych i długo pan już w Brunszwiku nie zabawi...

- To ostatnio najczęściej zadawane mi pytanie. Nie znam na nie odpowiedzi. Jestem szczęśliwy i doceniany w Eintrachcie. W poprzednich rozgrywkach zostałem wybrany do jedenastki sezonu 3. Bundesligi. Teraz, po awansie do drugiej ligi, chciałbym pomóc zespołowi w utrzymaniu. A ewentualnymi kwestiami transferowymi zajmuje się mój tata.

- Pan Andrzej był dumny po Herthcie?

- Tata mnie pochwalił, ale i... zganił za przestrzelonego karnego.Miał rację. Przed wykonaniem "jedenastki" podszedł do mnie bramkarz rywali i powiedział, żebym, wybrał sobie róg, w który strzelę i nie patrzył na niego, bo i tak dam radę. Posłuchałem go i to był błąd. Teraz przy rzucie karnym do końca będę czekał na to, co zrobi golkiper.

- W 2016 roku trafił pan do Lechii, gdzie przez rok rozegrał tylko trzy mecze. Ma pan satysfakcję, że teraz pokazał ludziom z Gdańska, jak bardzo się pomylili nie dając panu szansy na częstsze występy na boisku?

- Nie chcę mówić o Lechii. To dla mnie zamknięty temat. Na to, że w tym klubie praktycznie nie grałem złożyło się wiele przyczyn. Nie zamierzam tego rozpamiętywać. Cieszę się , że w Eintrachcie jestem doceniany i mogę pokazać na co mnie stać.

- Wróci pan jeszcze do Ekstraklasy?

- Są dwa, trzy kluby w polskiej lidze, w których mógłbym zagrać. Ale w tej chwili dobrze się czuję w Brunszwiku, na każdym kroku ludzie dają mi do zrozumienia, że jestem tu potrzebny. Poza tym ten rok spędzony w Lechii był bardzo ciężki. Jeszcze po nim dochodzę do siebie...