Wika Azarenka w świadomości kibiców wyrasta na najbardziej romantyczną postać w kobiecym tenisie, Po kilku latach batalii sądowych z byłym partnerem o prawo do opieki nad czteroletnim synkiem Leo, wróciła na kort i idąc jak burza po triumf w US Open, udowadnia, że jak się jest wystarczająco zdeterminowanym, to można pokonać wszystkie przeszkody i osiągnąć upragniony cel.

W półfinale Białorusinka musiała przegnać demony z przeszłości i zapomnieć o tym, że w 2012 i w 2013 roku w finale na Flushing Meadows przegrywała z Sereną. Nie było to łatwe, wszak z Amerykanką grała już po raz 23 i jej zwycięstwo w nocy z czwartku na piątek, było dopiero piątym w dziejach tych starć. Co więcej, Azarenka nigdy dotąd nie okazała się lepsza od starszej o osiem lat rywalki w turnieju Wielkiego Szlema.

Dla młodszej z sióstr Williams porażka z Azarenką był podwójnie przykra. Raz, że musiała uznać wyższość bliskiej przyjaciółki, a po wtóre - odpadając w półfinale nie zdobędzie 24. tytułu wielkoszlemowego i nie wyrówna rekordu wszech czasów Australijki Margaret Court.

Od kiedy Amerykanka  wróciła do gry po przerwie macierzyńskiej wiosną 2018 roku, to czterokrotnie dotarła do finału zawodów tej rangi (w tym dwukrotnie w Nowym Jorku), ale za każdym razem schodziła z kortu pokonana.

Wynik drugiego półfinału: Naomi Osaka - Jennifer Brady (USA) 7:6 (7-1), 3:6, 6:3