Po ponad dwudziestu latach III RP poziom życia na wsi jest o połowę niższy niż w mieście. Na prowincji mieszka niemal połowa zarejestrowanych bezrobotnych. Polska nie ma jednak żadnej strategii, która byłaby skierowana na potrzeby terenów wiejskich. Najwyraźniej elity uznały, że unijne środki załatwią problem.

Piąta debata Prawa i Sprawiedliwości dotycząca najważniejszych spraw w kraju poświęcona była wsi. Jarosław Kaczyński, rozpoczynając dyskusję, zwrócił uwagę, że przeciętny dochód wiejskiego gospodarstwa rodzinnego to niewiele więcej niż połowa dochodu w mieście. – To wielkie wyzwanie społeczne, związane z tym, czego społeczeństwo, szczególnie wsi, ma prawo oczekiwać: sprawiedliwości. W dalszym ciągu nie doprowadziliśmy do tego, żeby poziom życia na wsi i w mieście zrównał się albo chociaż prawie się zrównał – mówił szef PiS.

Mapa ubóstwa

Na polskiej mapie bezrobocia wieś wyróżnia się zdecydowanie negatywnie. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w maju w urzędach pracy zarejestrowanych było 866,9 tys. bezrobotnych zamieszkałych na wsi. To o ponad 20 tys. więcej niż przed rokiem i najwięcej od pięciu lat, jak wynika z najnowszych opracowań GUS. Na wsi żyje 39 proc. ludności naszego kraju, stamtąd pochodzi 43 proc. wszystkich bezrobotnych. Zdaniem niektórych specjalistów ukryte bezrobocie na wsi może dotyczyć od 800 tys. do miliona osób. Na ten problem zwróciła uwagę podczas debaty PiS prof. Józefa Hrynkiewicz. Podkreśliła, że zauważalny jest wyraźnie gwałtowny wzrost liczby ludzi żyjących na wsi w bardzo ubogich rodzinach. A ubóstwo – jak zaznaczyła – prowadzi do tego, że rolnicy sprzedają ziemię. Proces taki jest korzystny dla bogatych latyfundystów, ale z pewnością nie dla właścicieli małych i średnich gospodarstw rolnych.

Brak strategii

Problemy wsi związane są z brakiem rzeczywistej polityki skierowanej na jej potrzeby. To rażące zaniedbanie wciąż ma miejsce, choć od lat partią współrządzącą krajem, w różnych konfiguracjach politycznych, jest Polskie Stronnictwo Ludowe. Najwyraźniej elity uznały, że unijne środki załatwiają problem. Ale tak nie jest. Braku strategii państwa nie rozwiążą jedynie „protezy finansowe”, które i tak uprzywilejowują w skali Unii Europejskiej zachodnie rolnictwo kosztem polskiego. Zresztą, zdaniem Janusza Wojciechowskiego, europosła PiS, uczestnika debaty o wsi, „najwięksi przeciwnicy wyrównania dopłat są w Warszawie, a nie w Brukseli”.

Wymowne i rzadko uświadamiane kłopoty naszej prowincji przedstawiła niedawno na łamach „Nowego Obywatela” działaczka społeczna od lat zajmująca się problemami polskiej wsi, stypendystka Departamentu Stanu USA Wiesława Kowalska: „Podobieństwo wsi polskiej do skansenu, w którym zatrzymał się czas, wzmacnia jeszcze jeden dramatyczny fakt – demograficzna pustka. Rolnicy nierzadko wydzierżawiają swoje ziemie i szukają dorywczej pracy sezonowej w kraju lub za granicą. Ich dzieci uciekają ze wsi, zasilając najniżej opłacane grupy społeczne miasta”.

Biedny może mniej

Jednak to, co szczególnie mocno uderza w polską wieś, to nieprzyjazne, kompletnie nieliczące się z jej rzeczywistością przepisy, tworzące strukturalne bariery jej rozwoju: „Na polskiej wsi nie można kupić kurczaka, kaczki, twarogu, masła, mleka, kiełbasy, dżemu, wina, itd. Nie pozwalają na to karkołomne przepisy sanitarne, które właścicielowi jednej krowy, chcącemu sprzedawać masło, stawiają wymogi podobne jak przemysłowej mleczarni. Właściciel sadu owocowego musi wyrzucać tony niesprzedanych owoców, bo aby sprzedać zrobione z nich dżemy, musiałby wybudować przetwórnię, której koszt za jego życia się nie zwróci” – pisze Kowalska.

Warto podkreślić, że taka właśnie sytuacja świetnie ukazuje coraz głębsze rozwarstwienie społeczno-gospodarcze: grupa zdecydowanie uprzywilejowana to latyfundyści, którzy także dzięki wpływom politycznym są w stanie przeforsować załatwienie swoich interesów, uzyskać odpowiednie kapitały, zainwestować w sprzęt i infrastrukturę: przetwórczą, hodowlaną. Ale na polskiej wsi jest coraz mniej miejsca nie tylko dla małych, produkujących na własne potrzeby gospodarstw. Z powodu braku infrastruktury i postępującego zubożania prowincji upadają także projekty agroturystyczne czy nastawione na produkcję „zdrowej żywności”. To paradoks, bo jednocześnie dane pokazują, że Polacy są coraz bardziej wymagającymi i świadomymi konsumentami i częściej niż niegdyś poszukują lepszej jakości produktów. Problemem jest to, że sensowna działalność gospodarcza na wsi jest zabijana w zarodku.

Bez wizji i czynu

Czy to sytuacja bez wyjścia? Przykład rozwoju prowincji z czasów II Rzeczypospolitej jest tu wymowny i optymistyczny. Owszem, była to często biedna wieś, wyniszczona I wojną światową, dziesięcioleciami rabunkowej eksploatacji i zapóźniona cywilizacyjnie. Ale miała potężnego sprzymierzeńca: ruch spółdzielczy – wielu ludzi zainteresowanych jej problemami i pracujących na jej rozwój. Przypomnijmy choćby o świetnie prosperującej spółdzielczości Społem (zawłaszczonej później przez komunistów). Druga Rzeczpospolita miała też ludzi tej miary co ks. Wacław Bliziński, twórca „wzorcowej wsi” Lisków, który ze zniszczonej, zabiedzonej miejscowości uczynił kwitnącą osadę, z prężnie działającymi instytucjami spółdzielczymi, gospodarczymi i kulturalnymi. Problemem zatem nie jest dziś brak perspektyw i celów, ale brak wizji i czynu. A może także – niestety – brak rzeczywistych reprezentantów interesów polskiej wsi na scenie politycznej...

Problem narodowy

Czego potrzeba polskiej wsi? Zdaniem ekspertów: należy ograniczyć chaos i arbitralność w przyznawaniu dotacji, stworzyć lokalną infrastrukturę umożliwiającą małym i średnim gospodarstwom rolnym produkcję żywności. Trzeba też doprowadzić do wymiany elit w samorządach lokalnych, a także solidnej, pogłębionej debaty ekspertów o stanie polskiej wsi. Z pewnością inicjatywa Prawa i Sprawiedliwości wychodzi naprzeciw temu ostatniemu oczekiwaniu. Warto też zwrócić uwagę na postulaty Piotra Glińskiego, kandydata PiS na premiera rządu technicznego, który w czasie debaty przekonywał, że najwyższy już czas wdrożyć Narodowy Program Aktywizacji Obywatelskiej Polskiej Wsi, zakładający m.in. rewitalizację uniwersytetów ludowych, stypendia dla młodzieży wiejskiej, aktywizację kół gospodyń wiejskich i ochotniczych straży pożarnych oraz wsparcie dla małych wiejskich szkół.

Wszystko to jednak wymagałoby istotnych przemian politycznych w Polsce, także zmian u steru władzy. Polska wieś zasługuje na więcej niż wegetacja – także dla dobra całego kraju.



Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, publicystą Deon.pl, członkiem zespołu „Pressji”