Prof. Rau dla „Gazety Polskiej”: Rosja chce mieć Białoruś i lepsze stosunki z Zachodem - to paradoks

Bariery strachu w społeczeństwie białoruskim już nie ma. Przekroczona została też bariera przyzwolenia. Nie ma już legitymacji dla władzy, która jest władzą tylko dlatego, że może fizycznie rządzić - powiedział w wywiadzie z Katarzyną Gójską i Tomaszem Sakiewiczem dla "Gazety Polskiej" nowy szef Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prof. Zbigniew Rau. Pytany o przyszłość projektu Nord Stream 2 przyznał, że "w grze interesów trudno też już oczekiwać, że Rosjanie zachowają wiarygodność".

minister spraw zagranicznych prof. Zbigniew Rau/ fot. biuro poselskie

Szef MSZ został zapytany o dalsze scenariusze rozwoju sytuacji na Białorusi. - Dla każdego, kto miał okazję oglądać procesy polityczne w naszej części Europy przez ostatnie czterdzieści lat, analogie są oczywiste. Pytanie, czy Białoruś jest na etapie polskiego roku 1979, gdy papież Jan Paweł II mówił o zstępowaniu Ducha Świętego, czy jest to już nasz rok 1980, czy też może 1989? Widać, że te zmiany są już absolutnie nieodwracalne. Bariery strachu w społeczeństwie białoruskim już nie ma. Przekroczona została również bariera przyzwolenia. Nie ma już legitymacji dla władzy, która jest władzą tylko dlatego, że może fizycznie rządzić - powiedział.

Jak podkreślił, społeczeństwo białoruskie uznało, że potrzebne jest inne uprawnienie.

- Władza może mieć mandat do rządzenia, ale musi to być na zasadzie przyzwolenia narodu. Naród białoruski ostentacyjnie i demonstracyjnie powiedział "nie" dla modelu rządzenia Aleksandra Łukaszenki, który charakteryzowało określenie: "Nie dysponuję waszym przyzwoleniem, nie podzielam waszych wartości, ale jestem, bo dysponuję siłą"

- powiedział Rau.

Dodał, że Łukaszenka przestał zatem być podmiotem o jakiejkolwiek namiastce samodzielności, bo jego obecność w życiu publicznym wynika wyłącznie ze wsparcia rosyjskiego. - Tym samym w relacjach z Rosją jest on radykalnie osłabiony, jest jej instrumentem. Tak więc mamy teraz do czynienia z interwencją o charakterze hybrydowym. Pokazuje to chociażby desant na publiczne media, podmienianie dziennikarzy, którzy notabene nie działali nigdy w podziemiu, a teraz w krytycznym momencie chcą choć trochę zachować się przyzwoicie i iść za głosem serca. Odkrywają swoją tożsamość białoruską, chociaż może w nieco innej formule niż demonstrujący na ulicach. Pragną pewnej wizji dobra wspólnego, której już nic nie łączy z obecnością Łukaszenki - powiedział szef MSZ.

Co do kwestii rosyjskiej - dodał - "to nie trzeba być ekspertem, żeby stwierdzić, że z perspektywy imperialistycznej administracji Władimira Putina Białoruś powinna pozostać w ich strefie wpływu, powinna być częścią "ruskiego mira", mimo że oficjalnie jest oddzielnym podmiotem".

- To jednak wydaje się wykluczać dialog między władzą, ale już nie sprawowaną przez Łukaszenkę, a społeczeństwem, dlatego że to oddziaływałoby także na sytuację w samej Rosji

- powiedział.

Dopytany, o to, że można użyć określenia, że Rosja boi się efektu domina, stwierdził, że tak. - Tak jest. Rosja chce mieć Białoruś w sferze swoich wpływów, ale też Rosja chce mieć lepsze relacje z Zachodem. I to jest paradoks. Bardzo trudna sytuacja dla Putina. Ostatnie wydarzenia doprowadziły nawet do tego, że po raz pierwszy – nawet w Niemczech – prowadzi się dyskusję o projekcie Nord Stream 2 - powiedział.

Zapytany czy Niemcy się wycofają z tego projektu, stwierdził, że odpowiedź na to pytanie wynika z syntezy czynników aksjologicznych i politycznych.

- Rzeczywiście, metody takie jak trucie ludzi – sprawa Aleksieja Nawalnego – nie mieszczą się w żadnej formule życia razem. Są też nieakceptowalne z perspektywy zwykłych, ludzkich emocji. Co więcej, do tej pory truto byłych agentów, co również jest nieakceptowalne. Nie dotyczyło to jednak czynnych polityków. W tym przypadku chodzi o jednego z liderów opozycji antyputinowskiej, który był uczestnikiem quasi-demokratycznego procesu wyborczego. Mówimy o wyborach na Syberii, gdzie on sam nie kandydował, ale wprowadził do tego procesu coś bardzo innowacyjnego, tzw. smart voting, którego ideą jest to, że każdy, kto nie zgadza się z władzą, niezależnie od swoich poglądów, głosuje na ludzi opozycji. Przez to Nawalny stał się uczestnikiem procesu wyborczego, czyli powszechnie akceptowalnej gry politycznej

- powiedział Rau.

Jak wskazał, próba usunięcia go radykalnie naruszyła wszelkie kanony zachowania podmiotów, które biorą udział w tej grze. - To bardzo wysoko stawia kwestie wzajemnego zaufania. Tak więc w grze interesów, jaką jest Nord Stream 2, trudno też już oczekiwać, że Rosjanie zachowają wiarygodność. Z kolei politycznie projekt ten wywołuje i chyba powiększa podziały w samej Unii Europejskiej oraz między nią a Stanami Zjednoczonymi. Czy zatem jego zasadność jest przesądzona? - mówił.

Szef MSZ został także zapytany o nowego ambasadora Niemiec w Polsce Arndta Freytaga von Loringhovena. - Niewątpliwie opinia publiczna bardzo zainteresowała się tym tematem, co skutkowało powstaniem wielu znaków zapytania. Uważam, że wynikają one z pewnego oczywistego charakteru w stosunkach polsko-niemieckich. Pamięć o kataklizmie wojny jest wciąż obecna, niezależnie od tego, że większości świadków tamtych wydarzeń nie ma już wśród nas. Sama osoba kandydata na niemieckiego dyplomatę w Polsce ze względu na zaszłości rodzinne jest swojego rodzaju łącznikiem z tamtym okresem. To wywołało dyskusję i sądzę, że absolutnie uprawnioną - ocenił Rau.

 


Źródło: Gazeta Polska, PAP, niezalezna.pl

#prof. Zbigniew Rau #Białoruś #Nord Stream 2

Katarzyna Gójska,Tomasz Sakiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo