Dzieci trafiły do Anny i Wiesława C. w styczniu 2012 r. Najpierw w lipcu zmarł 3-letni Kacper, następnie we wrześniu jego 5-letnia siostra Klaudia. Za spowodowanie śmierci dzieci skazana została na 25 lat więzienia matka zastępcza - Anna C., a jej mąż Wiesław C. - na cztery lata za znęcanie się nad rodzeństwem.

Początkowo - po śmierci chłopca - śledczy dawali wiarę wersji opiekunów, że doszło do nieszczęśliwego upadku ze schodów. Kiedy wyszło na jaw, że dzieci zmarły, ponieważ opiekunowie znęcali się nad nimi, rozpoczęło się postępowanie dyscyplinarne dotyczące śledztwa ws. śmierci Kacpra. Prowadzono je przez wiele lat m.in. wobec zastępcy prokuratora rejonowego w Pucku Bartłomieja K.

Prawomocne orzeczenie w tej sprawie zapadło przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego 28 maja ubiegłego roku. Sąd podtrzymał uniewinniający Bartłomieja K. wyrok Sądu Dyscyplinarnego przy Prokuratorze Generalnym.

Od 2013 roku była też w toku druga sprawa dotycząca byłego asesora prokuratury Marcina G., który nadzorował postępowanie dotyczące śmierci chłopca. W listopadzie ubiegłego roku Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego skazała go dyscyplinarnie na karę upomnienia. Zdaniem sądu, były asesor nie podjął działań zmierzających do zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom w rodzinie C.

W sprawie wpłynęły cztery odwołania – trzy odwołania obrońców byłego asesora oraz jedno samego obwinionego. Wśród zarzutów wymieniano m.in. obrazę prawa procesowego polegającą na wydaniu orzeczenia z pominięciem części materiału dowodowego. W dwóch z odwołań wskazywano także na bezwzględną przesłankę odwoławczą, jaką miałaby być nienależyta obsada sądu wydającego orzeczenie.

Na dzisiejszej rozprawie obrońca byłego asesora prok. Jarosław Polanowski przekonywał, że sprawa dzieci z Pucka zrobiła z jego klienta "ruinę człowieka".

- Mój klient został kozłem ofiarnym. Osób, które powinny być pociągnięte do odpowiedzialności i to od razu, jest całe gremium, praktycznie żadna z tych osób nie została objęta żadnym postępowaniem

 - mówił. Podkreślał przy tym, że sprawa "ciągnęła się osiem lat".

Obrońca wskazywał na zaniechania ze strony szeregu podmiotów, m.in. policjantów oraz szefa prokuratury rejonowej. Prokurator wskazywał też na niedoświadczenie oraz przemęczenie b. asesora w momencie, gdy po raz pierwszy zetknął się ze sprawą. "Ten człowiek, kiedy pojechał na miejsce tego nieszczęścia, nie spał blisko 40 godzin. Był na poprzednich dwóch zdarzeniach, z jednego jechał na drugie, z drugiego na trzecie" - mówił.

- Ja się z drugą stronę nie zgadam w tym sensie, że uważam, że za błędy asesor powinien ponieść odpowiedzialność dyscyplinarną

- mówiła z kolei prok. Katarzyna Brzezińska. Jak wskazywała, właściwa analiza materiału dowodowego prowadziła wprost do wniosku, że w rodzinie Kacpra były "ewidentne sygnały występowania przemocy". "Dlatego należało podjąć adekwatne działania" - podkreśliła.

Sąd utrzymał ubiegłoroczne orzeczenie i karę upomnienia dla byłego asesora. Jak podkreślał sędzia Jarosław Sobutka, obowiązkiem obwinionego w związku z pojawieniem się dowodów świadczących o możliwości występowania przemocy było poinformowanie sądu rodzinnego "bez oglądania się na ewentualne obowiązki policji w tym zakresie". Jak zaznaczał, to asesor był na "pierwszej linii działania".

- To on jest na pierwszej linii i to on podejmuje decyzje, te decyzje później są oceniane, ale to nie zmienia faktu, że decyzja wychodzi właśnie od niego

 - mówił.

Sędzia dodał, że mimo iż w sprawie widać "dużo nieprawidłowości", bez znaczenia jest fakt, że pozostałe osoby zaangażowane w nią zostały uniewinnione.

- To nie jest łatwa praca, nie każda osoba nadaje się do tej pracy (...) Fakt popełnienia błędów nie może pozostać bez odpowiedzialności dyscyplinarnej, a na pewno tej odpowiedzialności nie unicestwia fakt, że inne osoby związane z tą sprawą nie poniosły żadnej odpowiedzialności

 - podsumował sędzia Sobutka.