Żyjemy w czasach, w których dokonuje się stała i ciągła deprecjacja wartości i cnót obywatelskich, cnót stanowiących dla wcześniejszych pokoleń fundament życia społecznego. Ten proces jest przemyślany – widać go np. w stałym, konsekwentnym obniżaniu poziomu polskiej nauki.

Jedną z cnót obywatelskich, szczególną, była mądrość, wyrażająca się w harmonii i godzeniu ze sobą nabytej wiedzy z wrodzoną predyspozycją dzielności etycznej. Krótko mówiąc, kiedyś człowieka posiadającego wiedzę, lecz pozbawionego kośćca moralnego określano mianem prostaka (chama) i parweniusza. Dzisiaj celem edukacji staje się „papier” legitymizujący tytuł naukowy, a tym samym sankcjonujący wiedzę praktyczną i użyteczną całkowicie wyzutą ze świata wartości. W realiach polskich stało się tak z kilku względów.

System kształcenia

Obecny system studiów wyższych wspiera się na trzech stopniach: trzyletnich studiach licencjackich, dwuletnich magisterskich i czteroletnich studiach doktoranckich. Każdy ze stopni jest autonomiczny wobec dwóch pozostałych. Nie ma prawnych ograniczeń uniemożliwiających studia magisterskie z historii po ukończeniu studiów biologicznych.

Studia pierwszego stopnia zyskały charakter studiów zawodowych. Dopiero na poziomie studiów magisterskich realizowana jest edukacja na poziomie abstrakcyjnym, ogólnym. Stoi to w opozycji do dotychczasowej tradycji europejskiej. Skąd tak rewolucyjny pomysł? Owszem, można wskazać na presję, przymus płynący ze strony Unii Europejskiej. Ciekawsze jednak jest odwołanie do roku 1949, to wtedy władze komunistyczne zdecydowały się na wprowadzenie w Polsce systemu obowiązującego w Związku Sowieckim. Studia czteroletnie zastąpione zostały trzyletnimi zawodowymi oraz dwuletnimi magisterskimi.

Sowiecki system totalitarny potrzebował jak największej liczby młodych ludzi, którzy mieliby przede wszystkim umiejętności niezbędne do pracy w przemyśle, czy też szeroko rozumianej gospodarce. Ludzi ukształtowanych i wychowanych w systemie wartości istotnych dla przestrzeni rządzącej się regułami właściwymi dla scjentyzmu, w którym bożkiem była maksymalizacja sukcesu naukowo-technologicznego. A dziś? Owszem, można założyć chęć budowania kultu nauki odhumanizowanej, ale mimo wszystko nauki. Jednak w zdecydowanej większości szkół inżynierskich ma miejsce edukacja ni mniej, ni więcej tylko robotników wykwalifikowanych, o takich kompetencjach, jakie były niegdyś właściwe absolwentom pięcioletnich techników.

Finanse

Truizmem jest stwierdzenie, że poziom edukacji zależy od stanu rozwoju nauki. To uczony, badacz, naukowiec jest tym, który przekazuje swoją wiedzę młodym adeptom nauki. Zastój w nauce staje się hamulcem rozwoju naukowego dla kolejnych pokoleń. Profesorowie nie powinni przekazywać studentom wiedzy zamierzchłej, tej sprzed kilku lat; jeśli tak czynią, to ze względu na to, że poziom finansowania nauki nie osiągnął nawet 1 proc. PKB (standardem europejskim jest 3 proc.).

Warunkiem podstawowym kształcenia młodego pokolenia na poziomie wyższym jest kadra naukowo-dydaktyczna, a tej z czasem, niestety, będzie ubywało. Dlaczego? Z każdym rokiem szkoły wyższe otrzymują mniejszą ilość środków finansowych na działalność nie tylko naukową, ale i dydaktyczną. Nominalny wzrost nakładów na szkolnictwo wyższe w roku 2013 planowany jest na poziomie 1,3 proc., co przy planowanej inflacji na poziomie 2,7 proc. w istocie oznacza spadek realnych wydatków o 1,4 proc.

Awans

Obecny system jest dysfunkcjonalny również ze względu na wykreowanie karykaturalnego modelu kariery naukowej. Z jednej bowiem strony mamy do czynienia z luzactwem. Brak tytułu magistra nie pozbawia prawa ubiegania się o stopień doktora, brak habilitacji nie uniemożliwia ubiegania się o tytuł profesora.

Z drugiej zaś strony stworzono mechanizmy mogące blokować ścieżkę kariery. Warunkiem wszczęcia przewodu doktorskiego ma być bądź artykuł, bądź też książka. Doprawdy trudno doszukać się w tym ujęciu równorzędności. W tej samej procedurze podstawą nadania stopnia doktora może być książka, ale nie ta będąca podstawą wszczęcia przewodu doktorskiego. A miało być łatwiej! Z podobnymi „udogodnieniami” mamy do czynienia również na drodze do stopnia doktora habilitowanego oraz tytułu profesora. Habilitant nie musi wygłaszać wykładu habilitacyjnego, nie musi mieć opublikowanej rozprawy, ale może „polec” ze względu na negatywną ocenę ze strony komisji, zwłaszcza jeśli wykracza poza schemat poprawności politycznej. Pod rządami nowej ustawy tytuł profesora może uzyskać tylko ta osoba, która kierowała zespołami badawczymi finansowanymi ze środków europejskich. Doprawdy, znam niewielu uczonych mogących pochwalić się takim właśnie kierownictwem.

To co niepolskie

Zrozumiałe jest dążenie do umiędzynarodowienia nauki, mającej wszak charakter uniwersalny. Jednak nie tłumaczy to serwilizmu wobec tego, co zachodnie; uderzający jest natomiast „szczególny” stosunek do polskich uczonych. Oto bowiem wystarczy, mając stopień doktora, przepracować pięć lat poza granicami kraju, aby w Polsce uzyskać status równy samodzielnemu pracownikowi naukowemu, czyli doktorowi habilitowanemu oraz profesorowi. Cóż jest takiego w nauce Słowacji, Czech, Węgier, Rumunii etc., co sprawia, że tamtejszy doktor równy jest naszemu profesorowi? Jedynym wyróżnikiem jest ten, że zarobki w wymienionych krajach są zdecydowanie wyższe od naszych krajowych. Z tego też względu nie musimy obawiać się inwazji europejskich uczonych. Jeśli już, to raczej ucieczki z Polski najbardziej zdolnych i najlepiej wykształconych młodych ludzi, dla których droga dalszej kariery naukowej w świetnie wyposażonych laboratoriach może stać się o wiele bardziej pociągająca niźli siermiężne warunki polskiej uczelni.

Czy stać nas na to, aby tracić z naszego skarbu narodowego to, co najcenniejsze? Czy jesteśmy na tyle bogaci, aby talenty, jakimi zostaliśmy obdarzeni, zostały zaniedbane?

Niestety, rząd PO-PSL czyni wszystko, abyśmy w latach przyszłych zaczęli głosić pochwałę prostactwa i głupoty.



Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego