Niezależna.pl: - Pracował pan z Robertem Lewandowskim w Zniczu po tym, jak Legia pokazała mu drzwi...

Leszek Ojrzyński: Pół roku później. Kiedy Legia zrezygnowała z Roberta, grę w Zniczu zaproponował mu Andrzej Blacha. Po pół roku trener Blacha odszedł do Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, a ja zastąpiłem go w Pruszkowie. Współpraca z Lewym i całą drużyną układała się świetnie. Robert wiosną zdobył dwanaście bramek i z piętnastoma golami na koncie został królem strzelców II ligi, a Znicz awansował na zaplecze Ekstraklasy.

Choć w sezonie 2006/2007 Lewandowski strzelał sporo goli, to przewidywano, że większą karierę zrobi jego partner z ataku Znicza Bartosz Wiśniewski.

Wiśniewski był wtedy bardziej wszechstronny. Mógł zagrać w ataku, na skrzydle, a nawet w środku pomocy, natomiast Robert dał się poznać jako typowy egzekutor. Król pola karnego. Co ciekawe, wówczas obaj i Wiśnia i Lewy pozostawali w cieniu innych, Najlepszymi zawodnikami tamtego Znicza byli Radek Majewski, który potem odszedł do Groclinu i Paweł Tomczyk. Ten z kolei przeszedł do Motoru Lublin, a dziś jest dyrektorem sportowym w Rakowie Częstochowa. Ale Lewandowski też walnie przyczynił się do tego, że II ligę skończyliśmy z przewagą 14 punktów nad drugim zespołem.

W Bayernie Monachium chwalą Roberta jako tytana pracy, który zostaje po treningach, żeby szlifować np. rzuty wolne. W Zniczu też miał taki zapał na zajęciach?

Ogromny. Harował jak wół. Też zostawał po treningach, a razem z nim grupa chłopaków. Chcąc nie chcąc musieli z nim ćwiczyć, bo to Lewy podwoził ich z Warszawy do Pruszkowa. Teraz, kiedy Robert wygrał Ligę Mistrzów i jest na światowym topie wielu przypisuje sobie wpływ jaki mieli na rozwój jego kariery. Ja nie mam takiego zamiaru, ale nieskromnie powiem, że dużo pracowaliśmy nad jego grą tyłem do bramki, nad zastawianiem piłki. Serce mi rośnie, kiedy patrzę na niego dziś i widzę, że te elementy opanował do perfekcji.

Patrząc na Lewandowskiego z sezonu 2006/2007, przypuszczał pan, że zrobi tak wielką karierę?

Szczerze? Nie! Przewidywałem, że na pewno trafi do Ekstraklasy i tyle. Dlatego jestem bardzo dumny, że miałem przyjemność pracować z najlepszym środkowym napastnikiem świata.

Jaki był Robert w młodości?

Bardzo skromny. Skupiony na piłce i nauce, bo kiedy awansowaliśmy do I ligi, Lewy był w klasie maturalnej. Dwa lata wcześniej zmarł jego ukochany tata, nie chcieli go w Legii. Dostał od życia w kość. Dlatego bardzo się cieszę, że teraz fortuna zwraca mu wszystko z nawiązką.

Utrzymujecie kontakt?

No właśnie nie. Kilka razy do niego napisałem. Nie odezwał się, pewnie zmienił numer telefonu. Kiedy Robert grał jeszcze w Borussii Dortmund, pojechałem na staż do Borussii Moenchengladbach. Mieliśmy się spotkać w Niemczech, wybierałem się na derby Dortmund – Schalke, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Dostałem propozycję trenowania Podbeskidzia Bielsko – Biała i po kilku dniach wróciłem do Polski. Ale jak tylko będzie okazja, na pewno odświeżymy znajomość.

Co pan teraz robi?

Siedzę z synem Kubą w Anglii (Jakub Ojrzyński jest bramkarzem młodzieżowych drużyn Liverpoolu – przyp. pd). Niebawem przylecę do Polski, bo Kuba dostał powołanie do reprezentacji Polski do lat 19 prowadzonej przez Jacka Magierę. Zatem siedzę i czekam na propozycje, bo stęskniłem się za boiskiem i trenerską ławką.