Kanadyjskie media pokazywały zdjęcia ze szkół Yukonu – klasy przedzielone plastikowymi zasłonami, strzałki na podłodze pokazujące obowiązkowy kierunek przechodzenia, plakaty przypominające zasady bezpieczeństwa. Starsi uczniowie będą mieli lekcje częściowo zdalnie, częściowo w budynkach szkół. Jednak terytorium Yukonu liczy nieco ponad 5,6 tys. dzieci przy 40 tys. mieszkańców i nie ma żadnego chorego na Covid-19.

W tym samym dniu Toronto District School Board (TDSB), kuratorium dla szkół publicznych w Toronto, gdzie jest łącznie najwięcej uczniów w Kanadzie – prawie 250 tys. w ok. 600 szkołach - przedstawiało nową wersję planów powrotu do szkół. W liczącym ponad 14,5 mln ludności Ontario jest 2 mln dzieci w szkołach, czyli co ósme jest w jednej ze szkół TDSB.

Jedną z najtrudniejszych kwestii jest liczebność klas. W kwietniu 2019 roku ok. 200 tys. uczniów w Ontario wyszło nawet z lekcji, protestując przeciwko decyzjom rządu prowincji o zwiększeniu liczebności klas, zmianach w programach i cięciach budżetowych. Ostatecznie w czwartek TDSB przyjęło rozwiązanie umożliwiające redukcję wielkości klas w szkołach podstawowych tam gdzie rejestrowano wyższe niż średnia poziomy zachorowań. Zdecydowano też, że nawet dla najmłodszych dzieci pojawią się lekcje online.

Nauczanie zdalne to jeden z najgorętszych obecnie problemów. Jak mówił David deBelle, dyrektor szkoły Kingsview Village na północy Toronto, „jest wiele znakomitych narzędzi, by dobrze uczyć online i dobrzy nauczyciele stworzą wysokiej jakości lekcje, ale nauczyciele, którzy dawniej tylko pisali coś na tablicy, ograniczą się do równoważnika pisania kredą”.

„Jeśli będziemy zmierzać w stronę uczenia synchronicznego, z grupą dzieci w interaktywnych zajęciach z nauczycielem, to pojawiają się dodatkowe problemy. Choćby większa odpowiedzialność rodziców, bo przecież dziecko może się nie pojawić na internetowych zajęciach. Wówczas nauczyciel powinien zadzwonić do rodziców, ale są środowiska, w których rodzice nie odbierają telefonów z nieznanego numeru. Mamy problem prywatności, nie każdy jest skłonny pozwolić dziecku na pokazanie, gdzie mieszka. Mogą pojawić się problemy prawne. Już nie mówię o problemie dostępu do internetu w uboższych rejonach, takich jak nasz. Brakuje też komputerów, czemu próbowaliśmy zaradzić przekazując dzieciom urządzenia bezpłatnie”

- wyliczał deBelle.

Zwiększona presja na nauczanie online wynika także z obaw rodziców. Według badania przeprowadzonego przez TDSB, rodzice i opiekunowie 29 proc. dzieci szkół podstawowych (ponad 35,3 tys. uczniów) wolą dla swoich pociech lekcje w internecie. Dla szkół średnich, o których od dawna wiadomo, że część lekcji przeniosą do internetu, odsetek wynosi 17 proc. (ponad 7,6 tys. uczniów).

Kuratorium proponuje, by nauczyciele, np. ci, którzy z powodów zdrowotnych nie wrócą do lekcji w budynkach szkolnych, uczestniczyli w stworzeniu programu nauczania zdalnego. Jak mówił w publicznym radiu CBC przewodniczący TDSB Alexander Brown, przygotowywanie programów zdalnego nauczania oddzielnie przez każdą ze szkół TDSB jest niemożliwe. „Czyli sytuacja jest taka, że technologia to jedyny sposób, by uczyć” - zwraca uwagę deBelle.

Jak mówiły dzieci, które od marca miały lekcje online, szybko dało się określić, które formy są atrakcyjne.

„Dobre były na przykład nagrane lekcje, które można przewinąć, cofnąć, wysłuchać kilka razy. Ale jeśli nauczyciel wrzucał tylko pokaz slajdów, było to nudne”

- mówiła  Julia, uczennica Bishop Allen Academy w Toronto.

„To wcale nie jest takie proste, stworzyć dobry, interaktywny program. Załóżmy, że podczas lekcji online poproszę o opisanie widoku z okna. Ale przecież ktoś może mieszkać w złej dzielnicy i może wstydzić się swojego widoku z okna. Jest wiele pozornie błahych spraw, które w ostatecznym rozrachunku wpływają na jakość nauczania. Choćby taka, jak mam zorganizować sprawdziany, by nie było ściągania” - powiedziała B.J. Thompson, wykładowca w George Brown College, specjalizująca się w komunikacji.