Białoruska „mała stabilizacja” na zakręcie

  

Białoruś – jeden z trzech sąsiadów Rzeczypospolitej Polskiej na wschodzie – znalazła się na oczach i ustach całego świata. Na krótko, bo spektakularne protesty, nieznane tam i nigdy tak silne, w tym państwie szybko wygasły. Płomień buntu zapewne będzie jeszcze się tlił, zwłaszcza w stolicy i dużych miastach oraz w kręgach inteligencji, ale ponowne przeniesienie ich na ulice wydaje się mało realne. Przynajmniej w najbliższym czasie. 

Protesty te pokazały, że choć prezydent Alaksandr Łukaszenka nadal wygrywa wybory z olbrzymią przewagą, to jednak strach przed władzą jest zdecydowanie mniejszy niż przed laty. Chyba też aspiracje, przynajmniej części społeczeństwa, są wyraźnie większe niż kiedykolwiek wcześniej. Białoruska odmiana „ciepłej wody w kranie”, jak widać, nie jest już wystarczająca dla wszystkich – choć gdyby przeprowadzić w pełni demokratyczne wybory z równą kampanią dla wszystkich, to i tak były dyrektor kołchozu, a obecnie „car Aleksander”, wygrałby je z bezpieczną przewagą. Wciąż bowiem dla znaczącej większości społeczeństwa gwarantuje swoistą stabilizację i poczucie pewnego bezpieczeństwa ekonomicznego. A także, uwaga, w jakiejś formie niezależność od Rosji.

Westernizacja Białorusi?

Nie będę w tym tekście zajmował się prawami człowieka i demokratyzacją na Białorusi, choć to na pewno tematy ciekawe dla specjalistów. Skupię się na geopolityce. Ta bowiem z punktu interesu Polski wydaje się absolutnie priorytetowa. To bowiem Polska jest jednym z dwóch krajów członkowskich Unii Europejskiej, obok Litwy, który graniczy z Białorusią. Stąd zresztą wspólne oświadczenie prezydentów obu naszych państw Andrzeja Dudy i Gitanasa Nausėdy.

Polska jest naturalnym pomostem dla Białorusi do Europy i Europy w drugą stronę – do Białorusi. Nasze państwo, z racji geograficznych i geopolitycznych, pełni funkcję obrotową, czyli w sposób naturalny powinno otwierać europejskie drzwi dla Mińska, ale też w jakiejś mierze westernizować Białoruś przez nasączanie jej zachodnimi inwestycjami oraz demokratycznymi standardami, jednak bez nachalnego wcielania się w rolę nauczyciela czy też przywdziewania togi swoistego sędziego, czy – nie daj Boże! – prokuratora. Unia Europejska nie może odwracać się plecami do Białorusi, niezależnie od tego, co tam się dzieje. Każde bowiem działanie eliminujące szanse zbliżenia Mińska z UE oznacza wpychanie Białorusi w łapy Rosji i przegrywanie geopolitycznego boju o ten kraj.

Warto spojrzeć szerzej, porównując sytuację Białorusi i Ukrainy. Oczywiście analogie te są ograniczone, bo Ukraina jest państwem parokrotnie większym niż nasz drugi wschodni sąsiad i znacznie istotniejszym punktem odniesienia dla Europy, a nawet świata. Jednak pokazywanie podobieństw i różnic dwóch dawnych republik sowieckich, które dziś idą różnymi drogami, jest niewątpliwie pożyteczne.

Dwie sowieckie republiki, dwie drogi 

Białoruś wybrała drogę, nazwijmy to, „małej stabilizacji”, czyli rozwoju gospodarczego i wyższego poziomu ekonomicznego w praktyce niż Ukraina, za cenę większej uległości wobec Rosji. Nie krytykuję Mińska, bo z perspektywy państwa, które z racji swojego położenia i rozmiarów było niejako skazane na układanie się z Kremlem, zapewne alternatywna droga była trudniejsza. Trzeba też powiedzieć, że brak polityki wschodniej państwa polskiego, i to przez całe lata, nie stwarzał dla Mińska pokusy wybrania opcji zachodniej. Swoiste désintéressement Polski i Europy wobec Republiki Białorusi w latach 90. i później zderzało się z konsekwentną kroplówką gospodarczą Federacji Rosyjskiej dla Mińska za cenę uzależnienia i wpływu na politykę, zwłaszcza zagraniczną Białorusi. Jeśli więc dziś łatwo nam krytykować Łukaszenkę za bratanie się z Rosją, to krytykujmy również Unię Europejską, która przez całe lata nie stwarzała żadnej alternatywy politycznej dla Białorusinów. Brukseli nie było stać, w imię świętego spokoju, na choćby naszkicowanie mapy drogowej zbliżania się Mińska do Unii.

To wszystko powodowało, że vis maior pchała Białorusinów w ręce Rosjan i konstrukcji zwanej najpierw Wspólnotą Niepodległych Państw, a potem Związkiem Białorusi i Rosji.

Na Białorusi są mniejsze, a nawet znacznie mniejsze kontrasty społeczne i ekonomiczne niż na Ukrainie. Nie sprzyja to, delikatnie mówiąc, rewolucji. Na Białorusi nie ma oligarchów z politycznymi ambicjami, jak w Rosji czy na Ukrainie, gdzie zostają liderami opozycji (niegdyś), ważnymi ogniwami „drużyny Putina”, jak w Federacji Rosyjskiej, a nawet prezydentami, jak na Ukrainie (kazus Poroszenki). Dlaczego? Bo jak mówią sarkastycznie sami Białorusini: „Łukaszenka zabronił”. Ten najdłużej w Europie urzędujący prezydent – tylko nieliczni dyktatorzy w Afryce mogliby się z nim w tym mierzyć – potrafił zarówno spacyfikować potencjalnych rywali wywodzących się z postsowieckiej nomenklatury, jak i skanalizować największych nowobogackich, aby nie stali się dla niego zagrożeniem. Inna sprawa, czy docenił rolę mediów społecznościowych, które potrafią odegrać rolę destruktora reżimów, pod warunkiem że nie są to reżimy zbyt srogie (vide: arabska wiosna). Jednak, na razie, Łukaszenka panuje niepodzielnie.

Dwa fortepiany Aleksandra Łukaszenki

Warto prześledzić pokrótce grę Moskwy wobec Mińska. Nie jest to na pewno gra o sumie zero-jedynkowej. Rosja pomaga Białorusi gospodarczo, ale – jak mówią Amerykanie – nie ma darmowych lunchów. Coś za coś. Ceną, którą płacił, płaci i ma płacić Mińsk, jest uzależnienie się ekonomiczne i polityczne od Kremla. I jest ono coraz poważniejsze. Łukaszenka więc reaguje: bryka, podejmuje próby politycznego flirtu – bo jeszcze nie romansu – z Zachodem, otwiera się na inwestycje z krajów członkowskich Unii Europejskiej (Polska z tego korzysta, ale wciąż w zbyt małym stopniu; za to Niemcy i Włochy na skalę bardzo poważną). 

I takie prozachodnie figle ze strony włodarza Mińska spotykają się z natychmiastową reakcją Moskwy: szantaż gazowy, wymuszanie spektakularnych manewrów wojskowych przy zachodniej granicy Białorusi z Polską, scenariusze scalania obu państw w jeden organizm ze wspólną polityką celną i zagraniczną. A nawet więcej: Federacja Rosyjska gra, podobnie jak czyni to od lat na Kaukazie Południowym, kartą opozycji, na którą Łukaszenka jest szczególnie czuły z oczywistych względów. 

Nie ma co ukrywać, że część białoruskiej opozycji, także tej demokratycznej, jest prorosyjska. A mówiąc ściślej – bardziej prorosyjska niż sam Alaksandr Łukaszenka. I to warto sobie uświadomić, obserwując wydarzenia w Mińsku. Oczywiście miejmy też świadomość, że Putin, strasząc Łukaszenkę opozycją czy jej prorosyjską częścią, traktuje ją instrumentalnie. Choć pewnie nie wyklucza zainstalowania na Białorusi „swojego” prezydenta, który nie będzie miał imienia rosyjskich carów: Aleksander...
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts