Rządzący traktują władzę jako sposób na ograniczanie uczestnictwa obywateli w życiu publicznym. Reglamentowana demokracja, coraz bardziej koncesjonowana wolność – oto, co ma nam do zaoferowania Platforma Obywatelska.

Najgłośniejszą sprawą jest nowelizacja prawa o zgromadzeniach, która spotkała się z krytyką wielu różniących się od siebie środowisk politycznych i organizacji zajmujących się wolnościami obywatelskimi. Bardzo interesująca inicjatywa, pokazująca konieczność współpracy w tym względzie, powstała niedawno w Sejmie. W październiku, podczas spotkania zespołu do spraw obrony demokratycznego państwa prawa i przedstawicieli organizacji pozarządowych utworzono „obywatelską komisję legislacyjną”. W jej skład weszli m.in. przedstawiciele Fundacji „Lex Nostra”, inicjatywy obywatelskiej „Zgromadzenie w obronie Zgromadzeń”, stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” i NSZZ „Solidarność”. Zespołem parlamentarnym kieruje Krzysztof Szczerski, poseł Prawa i Sprawiedliwości. Jak stwierdził, powołana do życia inicjatywa ma zająć się przygotowaniem zmian w prawie o zgromadzeniach i będzie dążyła do przywrócenia rozwiązań funkcjonujących przed „reformami” Bronisława Komorowskiego.

Przeciw społeczeństwu obywatelskiemu

Warto zwrócić uwagę na wypowiedź Piotra Glińskiego, kandydata PiS na premiera „rządu technicznego”, która padła przy tej okazji: „Nie ma dobrze funkcjonującej demokracji bez żywego, niezależnego społeczeństwa obywatelskiego. W Polsce kryzys społeczeństwa obywatelskiego w tej chwili się zaostrza. Nie ma sensownego programu wsparcia jego instytucji. Mamy spadek partycypacji obywatelskiej. Mimo wzrostu środków europejskich na organizacje pozarządowe następuje spadek liczby osób w nich pracujących”.

Czy to opinia przesadzona? Jako redaktor „Nowego Obywatela” staram się śledzić na bieżąco nie tylko analizy i prognozy dotyczące tych kwestii. Już dane statystyczne są wymowne. Portal organizacji pozarządowych, Ngo.pl, pod koniec 2011 r. jasno stwierdzał: „Wszystko wskazuje na to, że pomimo wysiłków organizacji pozarządowych i strony rządowej, związanych z promocją wolontariatu z okazji jego europejskiego roku, aktywność obywatelska Polaków zamiast rosnąć, spada. (…) W listopadzie 2011 r. 14,5 proc. Polaków zadeklarowało podjęcie w ostatnim roku nieodpłatnej pracy na rzecz organizacji, co oznacza spadek o 1,5 pkt. procentowego w stosunku do wyniku z 2010 r.”. 

Na ironię zakrawa fakt, że gdy z jednej strony rząd „promował społeczeństwo obywatelskie” z okazji „roku wolontariatu”, z drugiej strony znacznej części obywateli obecna władza kojarzy się właśnie z ograniczaniem i deprecjacją aktywności społecznej obywateli – w imię własnych interesów politycznych rządzących. Na temat fasadowych działań tej ekipy powiedziano już dużo, ale ten przykład „promocji” aktywności obywatelskiej, tylko jako działań na rzecz ocieplania własnego wizerunku w oczach (zachodniej) opinii publicznej jest szczególnie obcesowy. Najpierw „europejski rok wolontariatu” w ramach polityki unijnej, później restrykcyjne i antyobywatelskie zmiany w ustawie o zgromadzeniach. Nie trzeba dodawać, że wszystko w ramach „polityki miłości” – miłości do własnych stołków i świętego spokoju.     

Liberał bliski PZPR

Przykładów, jak bardzo Platforma (anty)Obywatelska stara się uniknąć dialogu społecznego, nie brakuje. Znamienna była ucieczka przed referendum w sprawie podniesienia wieku emerytalnego. Trudno wyobrazić sobie istotniejsze zagadnienie, wymagające debaty publicznej. Jednak rządzący establishment miał na ten temat inne zdanie. Histerię wzbudziła solidarnościowa blokada Sejmu, krzykom o bezprawnym działaniu związkowców i zamachu na swobody parlamentarzystów nie było końca – prokuratura jednak nie dopatrzyła się złamania prawa. Wspominam o tej sprawie, bo jest smutnym świadectwem tego, jak bardzo władza i jej medialne zaplecze nie znosi jakichkolwiek form zorganizowanego, bardziej stanowczego protestu. Tym samym boi się rzeczywistego społeczeństwa obywatelskiego, a nie koncesjonowanych, podpiętych czasem pod trzeci sektor wydmuszek.

Najnowsza sprawa dotyczy in vitro. Premier Donald Tusk, przyzwyczajony, że najbardziej efektywną formą pracy jego rządu jest od lat „chodzenie na łatwiznę”, nie może oprzeć się pokusie i chce znów skorzystać z tej metody. Kilkanaście dni temu przyznał, że jeśli dyskusja w parlamencie na temat in vitro będzie blokowana, rząd zdecyduje się na szybką ścieżkę administracyjną. Jak stwierdził: „niewykluczone, że podejmiemy tę niewymagającą zgody parlamentu procedurę na mocy rozporządzenia”. Powie ktoś, że kwestia ta nie dotyczy w sensie ścisłym społeczeństwa obywatelskiego. Pokazuje jednak, że Donald Tusk chce uregulować sprawę nawet ponad głowami części własnych parlamentarzystów, że demokratyczne procedury parlamentarne – im ważniejszych kwestii miałyby dotyczyć, tym bardziej stają się niewygodne. Stanowczo odnieść można wrażenie, że byłemu „gdańskiemu liberałowi” coraz bliżej do partyjnych kacyków z czasów jednowładzy PZPR.

Ostatni gasi światło

Postarajmy się jednak zrozumieć szefa rządu Platformy (anty)Obywatelskiej. Musi żyć w jednym kraju z liderem opozycyjnej partii demokratycznej – to znaczny dyskomfort, to tak, jakby musiał żyć z wrogiem pod jednym dachem. Mam jednak pewien pomysł dla premiera, zaczerpnięty z naszej historii najnowszej. Otóż, w latach 80. przynajmniej kilka ważnych instytucji i służb w Polsce Ludowej uznało, że z przyczyn geopolitycznych i wewnętrznych warto zaakceptować coś w rodzaju „koncesjonowanej opozycji”, z którą łatwiej będzie można się dogadać w razie ewentualnego przesilenia. Co stało się dalej – wiemy. Być może premierowi też byłoby łatwiej w jednym kraju z „własną” opozycją i „własnym” społeczeństwem. Panie premierze, proszę nie ustawać w wysiłkach! Kilkumilionowa emigracja zarobkowa to wciąż mało, skuteczna polityka pańskiego rządu z pewnością pozwoli spakować manatki jeszcze paru, parunastu milionom. Powiedzą państwo, że sobie urządzam kpiny? Tak, to gorzki sarkazm. Ale czy aby na pewno przesadny?



Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, publicystą deon.pl, członkiem zespołu pisma „Pressje”