Firma oświadczyła, że widoczne na zdjęciach zamieszczanych w internecie granaty nie pochodzą z jej zakładów.

Nie jesteśmy jedynymi producentami materiałów wybuchowych (przeznaczonych do działań) ofensywnych, a zdjęcia sprawiają wrażenie przekopiowanych bliżej nieokreślonych przedmiotów 

- napisało kierownictwo firmy w oświadczeniu przekazanym mediom.

Dlatego odrzucamy spekulacje o pochodzeniu przedstawionych przedmiotów, a także o współdziałaniu w tworzeniu lub rozpowszechnianiu dezinformacji i zagrożeń hybrydowych

- podkreślono.

W oświadczeniu zwrócono uwagę, że firma ściśle przestrzega wszelkich przepisów i rozporządzeń prawnych, zwłaszcza tych dotyczących handlu zagranicznego produkcją specjalną. „Nie eksportujemy żadnego z naszych produktów bez licencji przyznanej przez ministerstwo przemysłu i handlu; co więcej, nasza firma nigdy nie realizowała eksportu materiałów wojskowych na Białoruś" - zapewniono.

 

 

Na opublikowanych m.in. przez rosyjski portal Life.ru zdjęciach widoczna jest etykieta w języku czeskim, informująca, że są to materiały wybuchowe P1. Portal podał, że takie materiały wykorzystują siły zbrojne i siły bezpieczeństwa do rozpraszania i zastraszania tłumów, a można je kupić również za pośrednictwem niektórych stronach internetowych.

Minister spraw zagranicznych Czech Tomasz Petrziczek na Twitterze napisał, że nie wie, czy na zdjęciach są materiały wybuchowe czeskiej produkcji i potwierdził, że władze czeskie nie wydały licencji eksportowej na wywóz takich produktów. Nie wykluczył jednak, że granaty mogły zostać dostarczone na Białoruś przed obowiązywaniem zakazu, ewentualnie mogły trafić tam na skutek działań handlarzy bronią.

Embargo Unii Europejskiej na wywóz broni lub sprzętu na Białoruś, który mógłby zostać użyty do represji, zostało wprowadzone w 2011 roku i jest odnawiane co roku.