- Podniósł z ziemi i chciał odrzucić od siebie granat hukowy - mówi o zmarłym Raman, który w poniedziałek był na proteście przy metrze Puszkińska na ulicy Prytyckaha w Mińsku i twierdzi, że osobiście widział tę sytuację.

Sytuację tę opisał także portal TUT.by, również powołując się na świadka, który widział zdarzenie z balkonu. - Było dużo wybuchów, granaty hukowe i gaz łzawiący. (…) Chłopak, chyba ten, który potem zginął, wybiegł do przodu w stronę kordonu OMON-u. Zamachnął się, ale nie rzucił, tylko zgiął się w pół i upadł. Nie było wybuchu – skulił się i upadł - cytuje rozmówcę TUT.by.

O śmierci mężczyzny -pierwszej w czasie protestów przeciwko sfałszowaniu niedzielnych wyborów prezydenckich- poinformowało w poniedziałek MSW. Według resortu próbował on odpalić „nieokreślony” ładunek wybuchowy.

O atmosferze poniedziałkowego protestu Raman mówi, że „to było jak wojna”. - Opieraliśmy się przez pięć godzin i udało się im nas przepędzić dopiero gazem łzawiącym - opowiada.

Przekonuje, że „teraz Białorusini nie mogą ustąpić i powinni kontynuować protest, bo ta władza musi się zmienić”.

- Ci omonowcy byli jak zombie. Krzyczeli do nas, że jesteśmy terrorystami. Oni w ogóle nie rozumieją, co się dzieje - ocenia.

Z relacji mediów niezależnych i uczestników protestu wynika, że na Prytyckaha zgromadziło się w poniedziałek wieczorem kilka, a może kilkanaście tysięcy ludzi. Początkowo spokojny protest przekształcił się w starcia z milicją. Na Puszkińskiej zbudowano barykady, które potem usunęły siły bezpieczeństwa.

We wtorek wiele osób przynosiło na Puszkińską kwiaty. Euroradio poinformowało w ciągu dnia, że OMON przegania z Prytyckaha gromadzących się tam ludzi. Napływają informacje o zatrzymaniach.