Składając swoją dymisję, Samad przeprosiła za to, że rząd "nie był w stanie sprostać aspiracjom narodu libańskiego", a jej decyzja to odpowiedź na "żądania zmian" przez protestujących Libańczyków. Jeszcze przed wtorkowym wybuchem Liban zmagał się z zapaścią gospodarki i pandemią koronawirusa.

Jak podała telewizja Al-Dżazira, ze stanowiska zrezygnował też minister środowiska Damianos Kattar. Według telewizji Kattar, uważany za technokratę, był jednym z głównych politycznych sojuszników premiera Hasana Diaba i był namawiany przez niego do wstrzymania się z decyzją. Diab zapowiedział w sobotę, że w poniedziałek złoży wniosek o rozpisanie przedterminowych wyborów.

Była to reakcja na wielotysięczne protesty w Bejrucie, podczas których demonstranci wzywali do "upadku reżimu" i domagali się pociągnięcia do odpowiedzialności elity rządzące krajem. Protestujący starli się z policją i przez kilka godzin okupowali budynki czterech ministerstw. W trakcie starć obrażenia odniosło kilkaset osób, zginął też jeden policjant. Protesty są kontynuowane w niedzielę, choć liczba demonstrantów jest znacznie mniejsza niż w sobotę.

Dziś mandat posła do libańskiego parlamentu złożył również Michel Moawad. Jest to już siódmy deputowany, który podjął taką decyzję. Większość z polityków, w tym Moawad i Kattar, to przedstawiciele wschodniokatolickiej społeczności maronickiej.

Maronicki patriarcha Bechara Boutros al-Rai stwierdził w dzisiejszym kazaniu, że zrezygnować powinien cały libański rząd, bo - jak stwierdził - "nie jest w stanie zmienić tego, jak rządzi".

- Rezygnacja jednego ministra czy posła nie wystarczy. Cały rząd powinien zrezygnować, bo nie jest w stanie pomóc krajowi się odbudować

- stwierdził biskup.