Na początku sierpnia 1980 roku, czyli czterdzieści lat temu, w stolicy dawnego Związku Radzieckiego pięściarz Paweł Skrzecz wywalczył srebro Igrzysk Olimpijskich. Jak wspomina ten moment?

- Nie przeoczyłem „okrągłej” rocznicy, takich wydarzeń się nie zapomina. Zresztą co jakiś czas w gronie kolegów siadamy u mnie w domu i oglądamy walki sprzed lat, oczywiście także z Moskwy. Wielu sportowców marzy o zakwalifikowaniu się na igrzyska, święto współczesnego sportu, a ja wystąpiłem w finale zawodów olimpijskich. I przecież tak blisko byłem wywalczenia złotego medalu. Na niewiele ponad pół minuty przed ostatnim gongiem prowadziłem z Jugosłowianinem Slobodanem Kacarem, tak niewiele mi zabrakło do zwycięstwa. Oczywiście odniosłem ogromny sukces w najważniejszej imprezie w życiu, ale wciąż zdarza się, iż zapala się w mojej głowie lampeczka i przypomina, że mogłem mieć złoto, a nie srebro

- podkreśla. 

Dziś Skrzecz jest trenerem i pomaga m.in. Zofii Klepackiej.

- Niedawno wróciliśmy z dwutygodniowego obozu w Zakopanem, gdzie pomagałem i Zosi, i innemu żeglarzowi Jakubowi Rodziewiczowi. Odpowiadam za ich przygotowanie motoryczne, za ich kondycję, dynamikę itd. Sporo popracowaliśmy w górach, choć oczywiście oni wchodzą w swoim tempie na Kasprowy Wierch czy Giewont, a ja mam prawie 63 lata, więc potrzebuję dużo więcej godzin. Poza tym łączę przyjemne z pożytecznym, podczas takich wyjazdów mam też czas dla moich wnuków, opiekowałem się też dziećmi Zosi. Przyjaźnimy się od wielu lat, nasze rodziny wspólnie spędzają wakacje

- powiedział Skrzecz.