Jeszcze zbyt mało wiemy o okolicznościach śmierci chorążego Remigiusza Musia, członka załogi jaka, który rankiem 10 kwietnia 2010 r. z trudem wylądował na lotnisku w Smoleńsku. Warto jednak zwrócić uwagę na dwie okoliczności. Po pierwsze, chorąży Muś był jednym z najważniejszych znanych nam dziś świadków katastrofy i ostatnich minut lotu rządowego tupolewa. Znaczenie jego zeznań rosło wraz z ujawnianymi opinii publicznej wynikami kolejnych badań niezależnych ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym. Ponadto słowa technika pokładowego Jaka-40 podważały wiarygodność raportów MAK i Millera. Mówiąc wprost – jeśli chorąży Muś miał rację, to znaczy, iż Rosjanie sfałszowali zapis czarnych skrzynek, a minister rządu Donalda Tuska to zaaprobował i czynnie uczestniczył w dalszym mataczeniu. W ostatnim wywiadzie, którego śp. Remigiusz Muś udzielił „Gazecie Polskiej”, on sam zastanawiał się, dlaczego przez dwa lata od katastrofy polska prokuratura nie potrafiła zweryfikować prawdziwości jego zeznań. Odpowiedź na to pytanie poznaliśmy niestety po tragicznej śmierci świadka – bo dotąd nie pozwolili na to sami Rosjanie. Tu pojawia się okoliczność druga, której pełen opis jest nadal przed nami – komu śmierć technika pokładowego rządowego Jaka-40 była na rękę? Medialni utrwalacze kłamstwa smoleńskiego niemal od razu okrasili wieść o nim rzekomo „powszechnie znanymi informacjami” o depresji i problemie z alkoholem. Można odbić piłeczkę i zapytać: co z tą „powszechną wiedzą” zrobiły dotąd instytucje państwa? Jakiej pomocy udzieliły chorążemu? Czy w ogóle myślą o losie najważniejszych świadków w kluczowym dla bezpieczeństwa państwa śledztwie dotyczącym śmierci prezydenta, dowódców i najważniejszych instytucji RP? Czy nie jest przypadkiem tak, że śledztwo smoleńskie traktują jak sprawę kradzieży roweru pana Mariana spod czwórki? Dziennikarze „GP”, którzy mieli kontakt z Remigiuszem Musiem, zapamiętali go jako człowieka otwartego i pogodnego, jednym słowem – nijak pasującego do obrazu „wiedzy powszechnej”. Sęk w tym, że do tej pory „wiedza powszechna” utrwalaczy kłamstwa smoleńskiego miała związek tylko z jedną rzeczywistością. Tą zaordynowaną przez generał Anodinę. A w niej każdy polski pilot to złamany życiem pijak. Najwyraźniej te wytyczne nadal obowiązują.