Szokujące informacje, podane przez "Rzeczpospolitą", nie pozostawiają chyba wątpliwości: Tu-154 został rozerwany w wyniku eksplozji. Aż na 30 fotelach lotniczych - a także w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem - znaleziono ślady trotylu oraz nitrogliceryny. 

Co prawda - jak zaznacza "Rzeczpospolita" - śledczy wciąż biorą pod uwagę hipotezy, według których osad z materiałów wybuchowych mógłby pochodzić z niewybuchów z okresu II wojny światowej, wydaje się to jednak dramatyczną próbą racjonalizacji tego, co się stało. W jaki sposób bowiem niewybuchy sprzed 70 lat mogły znaleźć się we wnętrzu samolotu i dlaczego wcześniejsze "badania" rosyjskie nie wykryły ich obecności?

Trudno przewidywać, jaki efekt będzie miała informacja jednoznacznie wskazująca, że prezydent i 95 innych pasażerów Tu-154 zostało brutalnie zamordowanych.

Jedno jest pewne: sensacyjne ustalenia polskich biegłych potwierdzają to, co mówili od dłuższego czasu eksperci współpracujący z zespołem parlamentarnym pod kierownictwem Antoniego Macierewicza. Dr Grzegorz Szuladziński, który przygotował nawet osobny raport dotyczący hipotezy eksplozji, mówił „Gazecie Polskiej”: „Na taki przebieg wydarzeń wskazuje bardzo wiele faktów. Choćby to, że fragmenty samolotu były rozrzucone na dużej przestrzeni, co wyraźnie wzmacnia hipotezę o jego rozpadzie na wysokości kilkudziesięciu metrów. Gdyby maszyna rozpadła się na ziemi, obszar, na którym znajdowano potem szczątki Tu-154, byłby znacznie mniejszy”. 

Identycznie wnioski wypływały z ostatniej Konferencji Smoleńskiej, na której mówiono, że wybuchy to najbardziej prawdopodobna przyczyna zniszczenia Tu-154. 

O tym, że to wybuch był najbardziej prawdopodobną przyczyną zniszczenia tupolewa, od samego początku - gdy milczeli wszyscy inni - pisała "Gazeta Polska". 12 maja 2010 r. w artykule „To mogła być eksplozja” napisaliśmy, że według ekspertów od budowy płatowców kadłub rządowego Tu-154 rozerwała potężna eksplozja. Specjaliści wyrazili taką opinię po zbadaniu elementów tupolewa, jakie znajdowały się w posiadaniu „GP”, a także na podstawie licznych fotografii z terenu katastrofy oraz zdjęć szczątków maszyny zebranych na miejscu tragedii.

Mimo argumentacji naszych ekspertów oraz późniejszych ustaleń, m.in. prof. Biniendy, dr. Szuladzińskiego i dr. Nowaczyka - którzy postawili tezę o dwóch wybuchach -  jeszcze do niedawna nie było pewności, czy w ogóle zostały przeprowadzone wiarygodne badania w kwestii obecności substancji wybuchowych i ewentualnych śladów w strukturze, które mogłyby wskazywać na eksplozję. Zapewnienia Rosjan, że wybuchu nie było, okazały się bowiem nic niewarte. W polskich uwagach do końcowego raportu MAK (str. 95) w podrozdziale pt. „Wyniki ekspertyz balistycznych i pirotechnicznych” czytamy: „Strona rosyjska w Raporcie nie przekazała szczegółowych informacji o czynnościach dochodzeniowych prowadzonych na miejscu wypadku. Dane na temat ekspertyz balistycznych i pirotechnicznych, są faktycznie nie do zweryfikowania przez stronę polską ze względu na nieudostępnienie przez stronę rosyjską materiałów źródłowych”. 

Więcej na ten temat w jutrzejszym wydaniu tygodnika 
„Gazeta Polska”