Poprzednie trofeum – Puchar Polski z Jagiellonią Białystok – wywalczył pan dziesięć lat temu. Czy po końcowym gwizdku w Lublinie spadł panu kamień serca, że znowu udało się coś zdobyć?

Michał Probierz: Nie, bo jestem dobrym trenerem i nie przejmowałem się tym. Trofea się zdobywa i to jest ważne, ale wiem też ilu piłkarzy wychowałem, wiem jak to wszystko funkcjonuje, spokojnie pracuję. Oczywiście zdobycie Pucharu Polski bardzo cieszy i to bez dwóch zdań. Szczególnie, gdy robi się to po raz pierwszy w historii klubu. W Jagiellonii byłem pierwszy, w Cracovii też. Tym bardziej to smakuje.

W pierwszej połowie lepsze ważnie sprawiała Lechia, prowadziła jedną bramką, a mogła nawet wyżej. Co zrobił pan w przerwie, że drużyna wyszła na boisko odmieniona?

M.P.: Do straty bramki, którą sami sobie sprokurowaliśmy, byliśmy lepsi. Potem widać było, że mieliśmy duże problemy. Dlatego tak ważna była reakcja zawodników. Powiedzieliśmy sobie, że nie mamy nic do stracenia, że jest 45 minut, aby odrobić stratę i doprowadzić do dogrywki. Piłkarze uwierzyli w to.

Drugi krytyczny moment pojawiał się, gdy pod koniec drugiej połowy, grając już z przewagą jednego zawodnika po czerwonej kartce Maria Malocy, straciliście drugiego gola. Reakcja była jednak natychmiastowa...

M.P.: Cała nasza droga w tej edycji Pucharu Polski tak wyglądała. Z Bytovią zdobyliśmy wyrównującą bramkę w 90., a zwycięską w 120. minucie. Potem wygraliśmy w karnych z Rakowem Częstochowa i po dogrywce pokonaliśmy GKS Tychy. To pokazuje, że morale zespołu jest odpowiednie.

W dogrywce nie czekaliście na karne, bo cały czas dążyliście do tego, aby zdobyć tę zwycięską bramkę.

M.P.: Oczywiście, ale trzeba pamiętać, że te karne były bardzo blisko, bo dzieliły nas od nich tylko cztery minuty. Już myśleliśmy o tym, jak to ewentualnie rozwiązać. Zespół jednak znowu pokazał charakter i to było najważniejsze.

Przypomniał pan już waszą drogę do trofeum. Analizując ją można Cracovię nazwać "Chorwacją Pucharu Polski", także oni dwa lata temu na mundialu wygrywali po karnych i dogrywkach.

M.P.: Już przed tym meczem mówiłem, że finałów się nie gra, ale wygrywa. Cieszę się, bo ja prowadziłem drużynę w drugim finale i drugi raz odniosłem zwycięstwo. Jako drużyna zrobiliśmy kolejny krok do przodu. Niedługo urodziny obchodzi właściciel klubu profesor Janusz Filipiak. To dla niego najfajniejszy prezent i nagroda za wieloletnią pracę w Cracovii. Brakowało mu takiego trofeum i jego zdobycie mu dedykuję. On pieniędzy nie potrzebuje, bo ma ich dużo, a jak sobie postawi na stole Puchar Polski w dniu urodzin, to będzie dla niego miła sprawa.

Po raz kolejny podkreśla pan, ze finałach liczy się wynik, a nie styl, tymczasem z Lechią stworzyliście pasjonujące widowisko, które oglądało się z przyjemnością. To była wymiana cios za cios.

M.P.: Sam byłem w szoku, że ten mecz tak wyglądał. Staraliśmy się uporządkować jakoś grę, ale piłkarze uznali jednak, że postawią wszystko na jedną kartę i będą ryzykować. Dlatego chwała im za to. W tym spotkaniu było wielu cichych bohaterów, bo Tomas Vestenicky dał świetną zmianę, Rafa Lopes grał z kontuzją i walczył jak mógł.

Dla kibiców Cracovii dodatkową satysfakcją jest zapewne fakt, że zwycięskiego gola strzelił wychowanek Mateusz Wdowiak, a inny piłkarz od kilku lat szkolony w klubie Kamil Pestka miał swój udział we wszystkich bramkach.

M.P.: Już na zawsze przejdą do historii klubu, bo tam się to zapisuje i już nikt tego im nie odbierze.

Sezon dla was się skończył, a jakie są plany na najbliższe dni?

M.P.: Teraz urlopy. 4 sierpnia wznawiamy treningi, dzień później odbędą się badania, a 9 gramy już mecz o Superpuchar z Legią Warszawa.

A wcześniej jeszcze jakieś transfery?

M.P.: Prowadzimy rozmowy, ale nie ma jakiegoś ciśnienia w tej kwestii.