Debata Prawa i Sprawiedliwości o modelu polskiego rynku pracy z pewnością stanowi nową jakość w naszym życiu publicznym.

Przede wszystkim dlatego, że mamy do czynienia z uznaniem odpowiedzialności polityków za stymulowanie wzrostu gospodarczego
. Także dlatego, że gospodarka w tym kontekście przestaje być traktowana jako fragment rzeczywistości zupełnie odseparowany od zagadnień społecznych. A przecież wciąż pokutuje przekonanie, że każda forma interwencji państwa w sferę rynku to albo „kapitalizm polityczny", albo „powrót do Polski Ludowej". Tymczasem, jeśli przyjrzeć się nie tylko społeczno-gospodarczemu modelowi skandynawskiemu, ale sięgnąć także uważniej do historii zachodniej chadecji po II wojnie światowej, zobaczymy, że model „państwa dobrobytu" wynikał z udanego połączenia zarówno rynkowych, jak etatystycznych, a także propracowniczych rozwiązań.

Patologie systemu

Doświadczenia 20 lat polskich przemian to właściwie opowieść o tym, jak ekonomiści tej rangi, co Leszek Balcerowicz, narzucili w debacie publicznej prymat haseł wolnorynkowych. Dziś – nie tylko na lewicy – praktyczne efekty „terapii szokowej", związanej choćby z wyprzedażą i niemal zupełnym unicestwieniem polskiego przemysłu określa się mianem „realnego liberalizmu". Nic też dziwnego, że na zorganizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość debacie tak wiele mówiono o strukturalnych słabościach rodzimego modelu gospodarczego, patologiach naszego rynku pracy, z którego praktycznie wyeliminowano myślenie w kategoriach strategicznych inwestycji w przemysł, a hasła „Polski w budowie" skończyły się... plajtami podwykonawców na polskich autostradach.
Przyznam, że dane przytoczone przez uczestników debaty zaskakują. A stwierdzenia, które tam padły, z pewnością będą budziły kontrowersje. 5 mln obywateli, dla których w Polsce nie ma miejsc pracy, czyli 2  mln bezrobotnych i 3 mln na emigracji – to naprawdę przemawia do wyobraźni. Takie dane zmuszają do postawienia pytania, jaki byłby nasz poziom życia, jaka byłaby sytuacja wielu polskich rodzin, jaka byłaby skala emigracji, gdyby wiele lat temu zaczęto publiczną debatę o tych kwestiach; gdyby była wola polityczna, by tych spraw nie zostawiać samym sobie.

Kto tworzy miejsca pracy

Dziś jest jasne: udawanie, że jesteśmy „zieloną wyspą" niewiele nam dało, podobnie jak przed kilkunastoma laty niewiele pomogło przekonywanie, że najlepszym sposobem na wzmocnienie rodzimej gospodarki jest jej rabunkowa wyprzedaż. Owszem, w Polsce pojawiły się zachodnie instytucje finansowe, sieci handlowe, specjalne strefy ekonomiczne – ale nie stworzyły tu jednak takich warunków społeczno-ekonomicznych, które byłyby korzystne dla polskich pracowników. Dlaczego? Bo zagraniczne instytucje miały tu do załatwienia na ogół swoje interesy.

Prof. Józefa Hrynkiewicz stwierdziła w trakcie debaty: „Państwo samo z siebie nie tworzy miejsc pracy, ale niewątpliwie państwo tworzy warunki, aby te miejsca pracy powstawały". Myślę, że to przekonanie naturalnie komponuje się z innym: to polska klasa polityczna powinna myśleć w kategoriach „patriotyzmu ekonomicznego", nikt tego za nas, za nasze elity nie zrobi. A częścią takiego patriotyzmu jest również dbałość o jakość rynku pracy, o perspektywy pracowników, wreszcie o długofalowe przewidywanie choćby związków między modelem edukacji a perspektywami zatrudnienia.

Tymczasem w III RP właściwie na łopatki położono kształcenie zawodowe i techniczne. Na Śląsku zamykano szkoły górnicze, a nieco później okazywało się, że brakuje w kopalniach dobrze wykształconych młodych pracowników: pojawiła się luka pokoleniowa. Dobrze wykształcony pracownik jest droższy. A nasza gospodarka w niemal każdej dziedzinie miała być konkurencyjna przez to, że oferuje tanią siłę roboczą.

Zapomniana trzecia droga

W medialnych relacjach poświęconych debacie zabrakło mi jednej kwestii. Otóż rzadko kto dziś pamięta, że istnieją na rynku pracy (i kapitału) więcej niż dwa modele własnościowe: prywatny i publiczny/państwowy. Otóż Polska miała przed wojną obok wspaniałych inwestycji w rodzaju Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego także świetnie rozwijającą się spółdzielczość (spożywców, mieszkaniową). Rzadko kto dziś wie, że „Społem" nie było projektem PRL-owskim, ale powstało – jeszcze na bazie struktur stworzonych pod zaborami – w II Rzeczypospolitej. Było bardzo prężną organizacją, która bardzo dobrze poradziła sobie także w czasie wielkiego kryzysu. Zresztą, doświadczenia brytyjskie z ostatnich lat pokazały (mowa o twardych liczbach), że tamtejsza spółdzielczość lepiej sobie radzi w czasach kryzysowych. Z kolei jednym z niezrealizowanych postulatów czasów pierwszej Solidarności był akcjonariat pracowniczy, także dziś dość powszechnie praktykowany na Zachodzie. I to nie jako „modna fanaberia" społecznie odpowiedzialnego biznesu, ale rzecz sprzyjająca ekonomicznemu rozwojowi przedsiębiorstw. W Polsce, niestety, akcjonariat pracowniczy istnieje w szczątkowej formie.

Kto, jeśli nie PiS?

Wspominam o tych dwóch kwestiach, bo mam ogromną nadzieję, że PiS „pójdzie za ciosem" i zaskoczy opinię publiczną jeszcze wieloma nieszablonowymi dyskusjami. Ich niewątpliwym walorem, właściwie ewenementem na polską skalę jest także to, że dyskutują w ich trakcie ludzie reprezentujący różne sposoby myślenia. Ale coś więcej: obecność na tych debatach postaci tej miary, co prof. Hrynkiewicz, prof. Grażyna Ancyparowicz, pokazuje, że myślenie w kategoriach prospołecznych, a nie jedynie wolnorynkowych to nie jest PRL, ale prosta konieczność oparta na racjonalnych, także ekonomicznie, podstawach.

Oczywiście, wielu antagonistów PiS-u będzie miało ponownie okazję określić tę partię mianem „socjalistycznej". Cóż, obowiązkiem głównego ugrupowania opozycyjnego jest podejmowanie szerokiego spektrum zagadnień. Tym bardziej że PiS ma po temu znacznie większy mandat niż SLD. Wszak postkomuniści, nazywający się obecnie socjaldemokratami nigdy nie byli w swojej lewicowości zbyt wiarygodni – tworzyli partię oligarchii uwłaszczonej na majątku wypracowanym przez pokolenia zwykłych Polaków żyjących w PRL-u. Nie byli zatem i nie są faktycznie w stanie podejmować tak trudnych i odpowiedzialnych zagadnień, które teraz chce przedyskutować PiS. Nie oczekuję zresztą od PiS-u, że będzie partią lewicową. Ale cieszę się, że podjęto w tym środowisku rzetelny namysł nad kwestiami społecznymi, wychodząc poza kanon poglądów dobrze widzianych przez liberalnych ekonomistów i publicystów.

Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela", publicystą deon.pl, członkiem zespołu „Pressji".